Wdzięczność.

ENGLISH BELOW

photo Stefanie Reinhard

Zapach może nienaturalny, ale jeden z moich ulubionych, taka mieszanka kurzu, naftaliny (albo czegoś co pachnie podobnie do naftaliny) i podziemnej wilgoci.

Dziś rano byłam nad rzeką. Oksza gubi kilogramy sierści, które wyczesuję i garściami porzucam w krzakach mając nadzieję, że sroki zrobią z niej użytek w swoich gniazdach.  Reszta sierści zostaje w domu. Na dywanach i w rogach pokoi powstają kokony z jej podszerstka, z których można tkać biało-beżowe dywany z psiej wełny.

photo by me

Nad rzeką trzy starsze panie w rękawiczkach zbierają śmieci rozrzucone przez sroki. Te same panie najpierw wystosowały apel, rozwieszając go na słupach, zabezpieczony wodoszczelną folią, żeby odpady pozostawione po skonsumowanych nad Sprewą produktach zabierać ze sobą, bo sroki robią bałagan i rozrzucają śmieci po całej linii brzegowej. Apel nie poskutkował, więc panie zakasały rękawy i zaczęły sprzątać po innych, w każdą niedzielę. Nad brzegiem stoi dziś łódź – mobilna kamera obscura i robi zdjęcia wybrzeża. Na zdjęciu naszego odcinka rzeki będzie być może widać, jak było brudno, a potem jest czysto i sylwetki emerytek w rękawiczkach jak duchy gigantycznych mrówek uwijają się przy śmietnikach. Usiadłam na ławce i przeczytałam jedno, bardzo krótkie opowiadanie Carvera pt. Signals (Znaki). Trzy strony podprogowej narracji o wysyłaniu i czytaniu znaków, zapowiadających, że coś się nieuchronnie kończy. Taki speed dating z książką, bardzo inspirujący, poruszający wspomnienia.

photo by me

Pod oknami przeszła właśnie orkiestra cygańska, było to zaraz po krótkim deszczu, gdy ziemia pachnie obłędnie, a do naszego balkonu doszły nawet strzępy zapachu rozgrzanego, berlińskiego metra. Zapach może nienaturalny, ale jeden z moich ulubionych, taka mieszanka kurzu, naftaliny (albo czegoś co pachnie podobnie do naftaliny) i podziemnej wilgoci. Tak pięknie pachnie jeszcze tylko mokra ziemia w doniczkach i jezioro na Górze Diabła (Teufelsberg), w którym woda jest tak czysta, że można ją pić. Orkiestra na szczęście nie zagrała wyświechtanego standardu „Kiedy święci maszerują do nieba “. Być może święci odmaszerowali już wcześniej na innej ulicy. Chciałam rzucić im pieniążek w podzięce, ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej, a oni wraz z echem trąbki i akordeonu zbyt szybko zniknęli za rogiem. „Święci maszerują do nieba” to był pierwszy utwór, jakiego nauczyłam się grać na akordeonie. Już nie gram, za dużo mam z tym instrumentem dziwnych wspomnień. Zrobił się dla mnie za ciężki i za głośny. Porzuciłam go w mieszkaniu w podwarszawskim Rembertowie, został w starej szafie, w pokoju, który zawsze pachniał moczem po starszej pani, mieszkającej w nim do czasu przeprowadzki do szpitala. Akordeon kupiłam kiedyś za pierwsze zarobione pieniądze w nieistniejącym już na warszawskiej Pradze teatrze. Po mojej wyprowadzce ktoś musiał gdzieś ten instrument przenieść i schować, zająć się nim w moim imieniu. Ja po prostu porzuciłam go na pastwę losu, żeby coś za sobą zostawić i zamknąć w czyjejś szafie. Decyzja, co się z nim stanie, siłą rzeczy spoczęła na kimś innym (dziękuję Misi i Ani).

photo by Stefanie Reinhard

W tym czasie nagromadziło się zbyt wiele bagaży bez uchwytów, bez rączek, klejących się do ciała, jak spocone koszulki. W drugim pokoju w Rembertowie mieszkała moja przyjaciółka, był dużo większy, nie pachniał moczem, miał balkon, na którym (najprawdopodobniej) paliłyśmy papierosy w dżungli kwiatów. Moja przyjaciółka wzięła ten większy pokój, a ja czułam, że cela, którą wybrałam jest rodzajem czyśćca, poczekalni przed czymś otwartym i świetlistym. Dlatego zaakceptowałam tę ciemność i ten zapach, mieszankę umierania i przeszłości, z przyszłością, która musi nadejść, bo człowiek nie może tkwić w takim miejscu długo, musi się ruszyć, coś rozdrapać i zmienić, by móc otworzyć w końcu okno i wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Teraz odczuwam wdzięczność, wobec tego czasu i tej przestrzeni. I wobec tych kobiet, które wzięły na swoje barki część tego procesu i przeniosły mój akordeon do czyjejś piwnicy, na jakiś targ albo być może w czyjeś sprawne ręce, które do dzisiaj grają na nim „Kiedy święci maszerują do nieba”.

photo by Stefanie Reinhard

Gratitude

The scent of subway may be fabricated, but it is one of my favorites, a mixture of dust, mothballs (or something that smells similar to mothballs) and underground moisture.

I was by the river this morning. Oksza loses kilograms of fur, which I comb and then abandon in the bushes, hoping that the magpies will use it in their nests. The rest of the hair stays at home. On the carpets and in the corners of all rooms arable fields of undercoat appear, we could weave from them white and beige dog wool carpets.

photo by me

By the river, three elderly ladies wearing gloves collect garbage scattered by magpies. The same ladies issued an appeal, hanging it on poles in waterproof foil, so that the waste left on the bank would be taken by people home. The appeal did not work, so the ladies rolled up their sleeves and began cleaning up after others, they do it every Sunday. A boat stands on the shore today – a mobile camera obscura – and takes pictures. In the photo from our part of the river, one will probably see how dirty it was and then how clean it became. The silhouettes of retired ladies like ghosts of giant ants are bouncing around the trashcans. I sat on a bench and read one short story of Carver called Signals. Three pages of subliminal narrative about sending and interpreting signs that something is inevitably coming to an end. Such a speed dating with a book, very inspiring, moving memories.

photo by me

A lively Gypsy orchestra passed under the windows just after a short drizzle when the earth smelled insane, and even shreds of the heated Berlin subway aroma came to our balcony. The scent of subway may be fabricated, but it is one of my favorites, a mixture of dust, mothballs (or something that smells similar to mothballs) and underground moisture. Only the wet soil in the pots and the lake on the Devil’s Mountain (Teufelsberg) where the water is so clear that you can drink it, smells so wondrous. The orchestra mercifully did not play the hackneyed jazz standard “When the Saints Go Marching In”. Perhaps the saints had already marched off on another street. I wanted to throw them a coin in gratitude, but my thoughts were somewhere else, as they disappeared too quickly around the corner together with the echo of the trumpet and accordion. “When the Saints Go Marching In” was the first song I ever learned to play on the accordion. I don’t play anymore, I have too many strange memories with that instrument. It got too heavy and too loud for me. I abandoned it in an apartment in Rembertów, a small town next to Warsaw.  Old wardrobe, in a room that smelled of urine from an old lady who had lived there until moving to a hospital. I bought that instrument for the first money I’ve earned, in a theatre that no longer exists in Warsaw’s Praga district. Someone had to take care of it on my behalf. I just abandoned it there, in order to leave something behind, and lock it in a stranger’s closet. The decision what would happen to it inevitably rested on somebody else’s shoulders.

photo by Stefanie Reinhard

During this time, too much luggage without a handle accumulated in my life, sticking to the body, like a sweaty T-shirt. A good friend of mine occupied the other room in this appartment. It was much bigger, it didn’t smell of urine, it had a balcony where we (probably) smoked cigarettes surrounded by a jungle of flowers. My friend took this larger room because I felt that the cell I was given was a kind of purgatory, waiting room in front of something open and luminous that was yet to come. I accepted this darkness and the smell of death and the past mixed with a slight scent of the future. I knew, one cannot stay in such a place for a long time, one has to move on, scratch and change something to finally open the window and let some fresh air into one’s lungs. Now, I feel gratitude towards this time and this space. Towards those women who took part in the process and moved my accordion to some basement, or a flea market or perhaps even into somebody’s good hands, which until today play on it the jazz stunner “When the Saints Are Marching In”. Thank you.

photo by Stefanie Reinhard

8 times human*

Wersja polska poniżej

I came back to read the news today and found out that dolphins from Queensland, Australia miss humans and therefore bring gifts, like sea sponges and algae crowns, to earn them back. One human interpreted that they rather long for free lunches than humans themselves, but my heart tells me that dolphins bring thanksgiving items to show their gratitude to be finally left alone. Who knows? Dolphins use tools and have a culture most probably more advanced than ours, so how can we even speculate what do they express with that humble gesture, if it’s humble at all?

I think a lot about animals lately. For example, the eels in Tokyo’s aquarium that are supposedly also getting anxious from losing contact with human faces. Keepers at the aquarium posted videos on social media showing the eels hiding in their burrows whenever people approached, and they asked the public to help. Now, the aquarium is facilitating FaceTime calls to the eel tank to help the animals stay used to people. We want to be remembered. We don’t exist if others forget us. Even eels. I was moved to tears by a reunion between Ismael Fernandez and a donkey Baldo from Malaga. After two months of separation a man and the donkey finally reunited and both cried of emotions.

photo David Bruning

A distant friend of mine I met years ago in Armenia posted a video yesterday of a monkey dressed in a t-shirt and eating an apple like a human. I noted, using my social-media activist skills, that this monkey should be in a forest with her/his family or stealing apples on a crowded street in India, rather than sitting on a table in an apartment. My friend was sure that monkeys need human contact because they are so closely related to us, the last missing link. I was struck how we are convinced of our irreplaceability, so vain, not only among ourselves but also in the inter-species relations.

In the most popular documentary series in the history of humanity, that won the internet last month, that is, of course, Netflix’s “Tiger King” – one of the characters claims that the wild animals need private ZOOs and care because there are almost none left in the wild. It’s the most disgusting, hypocritical argument of the human of the late capitalism that destroyed and keeps destroying the natural habitats of tigers and other wild animals day by day, and then creates an abusive environment build on this exploitive attitude, supposedly to preserve endangered species. Most of the 7 hours watching this show I wanted to puke or hang myself alternately. I believe that the intentions of the two directors who spent 5 years making that ‘show’ were noble. Still, they forgot with whom they communicate. An average viewer wants to jump in her/his pickup truck and drive 500 miles on diesel to see the Big Cat Rescue ‘sanctuary’ or the ruins of Joe Exotic imperium to take a selfie in front of it and post it on Facebook. The tickets will be sold like fresh croissants after the pandemic is through and the private zoos will continue to make money on animal abuse, cub petting (puke) and cheap souvenirs made in China, like never before.

After a month of being silent, I just wanted to say one thing: don’t shop wild animals. If you can adopt domestic animals as pets, do so, but don’t breed them. Leave the dolphins alone, so they have space to create more fantastic totems of their culture. Namaste.

*The word ‘human’ was used in this texts 8 times, the word ‘animal’ only 7.

8 razy człowiek*

Wróciłam dzisiaj do czytania wiadomości i dowiedziałam się, że delfiny z Queensland w Australii tęsknią za ludźmi i przynoszą na brzeg prezenty, takie jak gąbki morskie czy korony z alg, aby przekonać ludzi do powrotu. Pewien człowiek stwierdził, że tęsknią raczej za darmowymi obiadami, niż za samymi ludźmi. Moje serce podpowiada mi, że delfiny przynoszą dary, aby okazać swoją wdzięczność za to, że w końcu zostały pozostawione same sobie. Ale kto wie? Delfiny używają narzędzi i mają własny kod zachowań społecznych prawdopodobnie bardziej zaawansowany niż nasz, więc jak możemy spekulować, co wyrażają tym dziękczynnym gestem (jeśli w ogóle jest dziękczynny)?

Dużo ostatnio myślę o zwierzętach. Na przykład o węgorzach z akwarium w Tokio, które podobno czują się nieswojo nie mając kontaktu z ludzkimi twarzami. Właściciele akwarium zamieszczają w mediach społecznościowych filmy pokazujące węgorze chowające się w norach na widok człowieka i rzekomo w ich imieniu proszą o pomoc. W trakcie pandemii akwarium umożliwia połączenie za pomocą FaceTime’a z węgorzami, aby mogły przyzwyczaić się na nowo do ludzi. Chcemy być widoczni dla innych, obecni. Nie istniejemy, jeśli inni o nas zapomną. Nawet węgorze. Poruszyło mnie natomiast spotkanie Ismaela Fernandeza i osła Baldo z Malagii, gdy mężczyzna i osioł płakali, gdy zobaczyli się po dwóch miesiącach rozłąki.

zdjęcie David Bruning

Mój daleki znajomy z Armenii, opublikował wczoraj video z małpką ubraną w koszulkę i jedzącą jabłko jak człowiek. Zwróciłam mu uwagę, jako gorliwa aktywistka mediów społecznościowych, że ta małpka powinna być w lesie z rodziną lub ewentualnie kraść jabłka na zatłoczonej ulicy w Indiach, zamiast w przebraniu siedzieć na krześle, przy czyimś stole. Mój kolega odparł, że małpy potrzebują kontaktu z ludźmi, ponieważ są tak blisko z nami spokrewnione. Uderzyło mnie, jak silnie przekonani jesteśmy o tym, że nie da się nas zastąpić, nie tylko między nami, ale także w relacjach międzygatunkowych.

W najpopularniejszym serialu dokumentalnym w historii ludzkości, który wygrał Internet w czasach zarazy, mowa oczywiście o „Królu Tygrysów” – jeden z bohaterów twierdzi, że dzikie zwierzęta potrzebują prywatnych, domowych ZOO, ponieważ nie wstępują już prawie na wolności. Jest to argument pełen hipokryzji wymyślony przez człowieka późnego kapitalizmu, który systematycznie niszczy naturalne siedliska tygrysów i innych dzikich zwierząt, a następnie dla rozrywki tworzy miejsca, gdzie te zwierzęta są wykorzystywane w celach zarobkowych, niby w oparciu o potrzebę ochrony zagrożonych gatunków. Większość z 7 godzin spędzonych na oglądaniu tego programu było mi albo niedobrze albo chciałam umrzeć ze wstydu. Być może intencje reżyserów, którzy spędzili 5 lat na tworzeniu tego „show” były szlachetne, zapomnieli tylko, z kim się komunikują. Przeciętny widz tego programu chce bowiem wskoczyć do swojego diesla i przejechać 500 mil, aby zobaczyć teren Big Cat Rescue lub ruiny imperium Joe Exotic, tylko po to, żeby zrobić sobie przed bramą selfie i opublikować je na Facebooku. Po ponownym otwarciu bilety będą sprzedawać się jak świeże bułeczki, a prywatne ogrody zoologiczne będą nadal zarabiać krocie na wykorzystywaniu zwierząt, pieszczotach nowonarodzonych tygrysów (rzyg) i tanich pamiątkach wyprodukowanych w Chinach.

Po miesiącu milczenia chciałam tylko powiedzieć jedno: nie kupuj dzikich zwierząt. Jeśli możesz adoptować zwierzęta domowe, rób to, ale nie rozmnażaj ich. Zostaw delfiny w spokoju, aby miały przestrzeń na tworzenie fantastycznych totemów swojej kultury. Namaste.

*Słowo ‘człowiek’ bądź ‘ludzie’ użyte zostało w tym tekście 8 razy, natomiast ‘zwierzę’ reprezentujące różne gatunki 7.

Day 0, the beginning

Wersja polska poniżej/ Polish version below

Children with adult faces play with a ball in a yard, or maybe on a beach, the sea is not to be seen. 

Directly after the announcement of the first news related to the epidemiological threat in Europe, I boarded the Warsaw-Berlin express. Leaving my hometown, I was heading to my new home. I had a gift from my mother. A poster from an exhibition with a painting by Kiejstut Bereźnicki wrapped up elegantly in a roll, bought in an art gallery in Sopot. I thought it was a shame to unwrap such an elegantly prepared gift, so I got on the train without even looking at it. In the compartment, a young man coughed into his fist, which was not even scandalous yet, and an older couple sitting at the door compulsively rubbed their hands with a disinfectant, which, as a matter of fact, irritated me a lot. It was the 9th of March, everything was still open and possible, but the smell of antiseptic liquid brought back strange memories of an elderly lady’s perfumes. Maybe imagination, maybe real but for sure deeply buried, unpleasant memories of my childhood. So, I took my things and left.

In the dining car, I ate a cream soup from white vegetables posing for something luxurious and delicious because of a few drops of the truffle oil. The soup itself did not have a taste; therefore, it was like a memory of truffles on litmus paper hidden in a cabinet on my parents’ dacha. I spent 16 PLN on it and paying, I realized that it was my last 16 PLN. I can never behave as if I have the last 16 PLN on my account; They say, my not-real-grandfather Staszek, my mother’s daddy, who in fact was her stepfather, was like that too. He was admired, so I prefer to think that I inherited it and that it is not such a terrible feature after all.

A Polish bricklayer was also sitting in the diner. Shouting very loudly into a headset with a built-in speaker hidden somewhere, he looked like a maniac screaming to himself all details from his own life. He was going to work in Germany and complained into space that he, for the past 2 years since he is no longer with Karolina, has been using the service of prostitutes. At the same time, he peeped at every passing butt, no matter if it belonged to a very young or an older woman. I began to fear that his strategy doesn’t work and that regular visits in massage parlors did not inhibit his evident, sexual drive. I felt uncomfortable, even though he did not pay attention to me, presumably because I wear a large coat, heavy shoes, I have no makeup, and I have short hair, which makes me look a bit like a coal carter from before the war (according to my mother) or makes me resemble a character from the book ‘The summer before the dark’ by Doris Lessing – i n v i s i b l e. However, I do not look like that to feel safe among bricklayers (no offence to bricklayers!) I just do. Having paid for my soup with my last Polish money, I stayed with the question whether using the offer of prostitutes saves women from rape, harassment and dirty looks of sexually unsatisfied men. Already at home, I asked L. about it, who said he thinks that mostly upbringing and sex education are conclusive and that he does not believe in that 19th century theory. I remembered a friend once telling me that in Sweden, children do not even know what profession it is, and that there is no word for prostitutes anymore in the language. Only erasing a term, doesn’t make it disappear, it goes merely underground like abortion in Poland.

I went into the apartment, hugged my yearning dog and remembered that the poster with a painting of Kiejstut Bereźnicki showing children with adult faces playing on the beach, unfortunately, stayed on the train, in the compartment with that coughing young man and a couple using hand sanitizers. Presumably forever. It seems that my mother who bought it, because the painting reminded her of me, erased the sea from it. And the sea is there. It only evaporated from her memory.

The poster probably looked like this:

Dzień 0, początek

Dzieci o twarzach dorosłych bawią się w piłkę na podwórku, a może plaży, morza nie widać.

Tuż po ogłoszeniu pierwszych newsów związanych z zagrożeniem epidemiologicznym w Europie wsiadłam do pociągu relacji Warszawa-Berlin. Zostawiając swoje rodzinne miasto ruszałam w drogę do domu. Od mamy dostałam w prezencie, zwinięty elegancko w rulonik, plakat z wystawy przestawiający obraz Kiejstuta Bereźnickiego, zakupiony w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. Było mi szkoda rozwijać tak elegancko zapakowany rulonik, więc wsiadłam z nim do pociągu nie zerknąwszy nawet na plakat. W przedziale młody człowiek kasłał w pięść i nie było to jeszcze niczym skandalicznym, a państwo siedzący przy drzwiach kompulsywnie nacierali ręce płynem do dezynfekcji, co bardzo mnie drażniło. Był 9 marca, wszystko było jeszcze otwarte i możliwe, ale zapach płynu do dezynfekcji przywracał dziwne wspomnienia perfum jakiejś starszej pani z wyobraźni dziecka bądź realnych, zakopanych gdzieś głęboko w odmętach pamięci, nieprzyjemnych wspomnień z dzieciństwa. Zabrałam więc rzeczy z przedziału i wyszłam.

W Warsie zjadłam zupę-krem z białych warzyw pozującą na coś luksusowego i pysznego ze względu na dodatek oliwy truflowej. Zupa sama w sobie nie miała smaku, w związku z tym była jak wspomnienie trufli na papierku lakmusowym schowanym w szafce na działce rodziców. Wydałam na nią 16 złotych i płacąc zorientowałam się, że to moje ostatnie 16 złotych. Nigdy nie umiałam zachowywać się tak, jakbym miała ostatnie 16 złotych na koncie, podobno mój przyszywany dziadek Staszek, tatuś mojej mamy, który w rzeczywistości był jej ojczymem, też tak miał. Był bardzo lubiany, więc wolę myśleć, że mam tak być może po nim i że nie jest to taka straszna cecha.

W Warsie siedział też polski murarz, który informację o swojej profesji, jak i inne rzeczy, wykrzykiwał bardzo głośno koledze sprzed lat, a że nie miał przy uchu telefonu, tylko gdzieś schowane kabelki słuchawek z wbudowanym głośnikiem, wyglądał trochę jak maniak wrzeszczący do siebie szczegóły własnego życia. Jechał na robotę do Niemiec i żalił się w przestrzeń (w domyśle koledze), że od 2 lat, odkąd nie jest już z Karoliną, korzysta z usług prostytutek. Jednocześnie zezował na każdy przechodzący tyłek, nie ważne czy należał do bardzo młodej czy też starszej kobiety. Zaczęłam się obawiać, że jego strategia nie działa i regularne korzystanie z usług prostytutek nie hamuje jego ewidentnego popędu. Poczułam się w związku z tym, po raz kolejny w swoim życiu nieswojo, mimo że na mnie nie zwracał uwagi, przypuszczalnie dlatego, że noszę za duży płaszcz, ciężkie buty, nie mam makijażu i mam krótkie włosy, co upodabnia mnie do furmana rozwożącego węgiel przed wojną (wg mojej mamy) lub czyni mnie, podobną do Kate Brown, bohaterki Lata przed Zmierzchem, pióra noblistki Doris Lessing – n i e w i d z i a l n ą. Nie wyglądam tak jednak, by czuć się bezpiecznie pośród murarzy (bez urazy murarze!), ale po prostu tak ostatnio mam. Zapłaciwszy za zupę moimi ostatnimi złotówkami, zostałam z pytaniem, czy korzystanie z usług prostytutek ratuje kobiety przez gwałtem, molestowaniem i obleśnymi spojrzeniami seksualnie niezaspokojonych mężczyzn. Już w domu zapytałam o to L., który powiedział, że nie. To wychowanie i edukacja seksualna są rozstrzygające i nie wierzy w tę dziewiętnastowieczną teorię. Przypomniała mi się moja przyjaciółka, która powiedziała kiedyś, że w Szwecji dzieci nie wiedzą już nawet, co to jest za profesja, że nie ma w języku słowa ‘prostytutka’. Tylko, jak wymażemy jakieś słowo, to co za nim stoi, nie znika, przechodzi jedynie do podziemia jak aborcja w Polsce.

Weszłam do mieszkania, przytuliłam stęsknionego psa i przypomniałam sobie, że plakat z obrazem Kiejstuta Bereźnickiego przedstawiający dzieci o twarzach dorosłych, bawiące się na plaży, został niestety w pociągu, w przedziale z kaszlącym młodym mężczyzną i parą dezynfekującą ręce. Prawdopodobnie już na zawsze. Wygląda na to, że mama, która ten plakat zakupiła, bo przypominał jej mnie, wymazała z niego morze. A morze jest. Wyparowało tylko z jej pamięci. Plakat wyglądał prawdopodobnie tak:

Chłopiec z niebieskim IV