Day 17

wersja polska poniżej

I look away when the crows knock the young starling down between the cars, I can wish him no more than a quick death. This is not my war.

The dynamics of the city emulates the phrase vanitas vanitatum, omnia vanitas – all is vanity. Invisible cleaners no longer come to the river at dawn to empty overfilled bins. Crows come. Crows seeking company. Only recently did I learn to distinguish a crow from a magpie or a rook, let alone the ravens. ‘The Raven’ sounds high-class. You won’t meet a raven just like that in a city, you can imagine it looking down at the world from the high tower with an old man’s eye. All the same, crows are, according to many sources, very social animals open to inter-species correlation. They often join rook packs, exploring urban landfills, and during winter arable fields. On human settlements, a crow would stay all day in one neighbourhood, which makes it a bit of a chav, hanging out maybe less on playgrounds or benches and more on chimneys and balustrades. Even before the pandemic, when we returned home from parties at dawn, crows were flying low over our heads croaking – ‘This is our street, this is our time, fuck off human trash!’ One day a neighbour, walking with an old German shepherd, revealed to me that all they want is to take a lock of our hair to strengthen their nests, they always do so to his sluggish dog. In a fast move, they peck out some fur from his fluffy tail.

You have to be more careful early in the morning when the street is bursting with bird gang-fight. Crows against starlings. The latter have no chance. The bird’s squeak is intensified by the silence of the still dormant district. I look away when the crows knock the young starling down between the cars, I can wish him no more than a quick death. This is not my war. Nature can be cruel, but there is still room for spontaneous encounters. Today, by the river, a curious crow came on spindly legs to Oksza and took a stick she was earlier munching. The dog watched this glaring provocation with calmness as if from outside her own body. The crow spat the bat and flew over my head so low that I could feel the softness of its wing behind my ear. Holding in its beak a greasy paper tray, remnant of French fries – it looked at me. ‘A lock of my hair would be more useful to you’ I thought when the bird with a short run took off from a trunk (like from a small airport), spread its wings and flew into the air dangerously blocking the field of its view with the greasy tray.

Coming home, I look in the mirror and see a small noose hanging around my neck. It’s Oksza’s leash transformed according to the current state of mind of the city, and its citizens. Berlin becomes an augmenting glass of the fear of death; the sun is burning through it. I wonder whether to be on the dole or borrow from friends, first world problems. What a luxury, what a wealth – to have such a choice. For the first time in my life, I understand what the “half-empty, half-full glass theory” means. Until now, it appeared to me a stopgap and the rapid death of every discussion. But I drink what is inside, and the glass is filling up instantly. Everyone is doing well, my mother buys 150 protection-masks to be able to take her dog to the vet, in Zehlendorf there is still toilet paper and in the Turkish supermarket even hand sanitizer. The loved ones die only in nightmares, from which I wake up at dawn with a stomach ache, telling myself that such a dream can only mean one thing – long life in prosperity. The glass is filling up again. Broken dishwasher, burnt bread, insufficient funds on my bank account, arguing neighbours, a dog who can’t fetch and sows her winter fur in the corners of our apartment. Lost backpacks, hard drives, home keys, stolen bikes are all somewhere there, in these crow nests. That’s why damn birds look into our eyes with such superiority. ‘Hey, you! How many more things do you have to lose to realize that you still have too many?’

Dzień 17

Odwracam wzrok, gdy wrony strącają młodego szpaka z gałęzi między samochody, mogę życzyć mu najwyżej szybkiej śmierci. To nie moja wojna.

Dynamika miasta przypomina „vanitas vanitatum, omnia vanitas”- marność nad marnościami. Niewidzialni sprzątacze nie przychodzą już o świcie nad rzekę, żeby opróżnić przepełnione kosze. Przychodzą za to wrony. Wrony szukające towarzystwa. Dopiero niedawno nauczyłam się odróżniać wronę od sroki czy gawrona nie mówiąc już o kruku. Kruk to brzmi dumnie. Kruka nie spotkasz od tak w mieście, możesz go sobie wyobrazić, jak patrzy na świat z wysokiej wieży 40-letnim okiem mędrca. Wrona natomiast to według wielu źródeł zwierzę towarzyskie i otwarte na kontakty między gatunkowe, przyłącza się często do stad gawronów, eksplorując z nimi miejskie wysypiska, a zimą pola uprawne. Na ludzkich osiedlach przebywa cały dzień w swoim rewirze, co czyni ją takim trochę dresiarzem, wysiadującym może mniej place zabaw i ławki, a bardziej kominy i balustrady. Jeszcze przed pandemią, kiedy zdarzało nam się nie rzadko wracać z imprez do domu o świcie, wrony latały nisko nad naszymi głowami, kracząc ‘To nasza ulica, to nasza godzina, won do domu ludzkie śmieci!’. Pewnego dnia sąsiad, spacerujący ze starym wilczurem, wyjawił, że one chcą zabrać pukiel naszych włosów do budowy swojego gniazda. Że robią tak jego staremu psu, w locie szybkim ruchem wydziobują kłaki z jego puchatego wciąż ogona.

Trzeba uważać, gdy wychodzi się za wcześnie, kiedy ulica żyje jeszcze ptasią walką gangów wron i szpaków. Ci drudzy nie mają szans. Ptasi skowyt potęguje cisza uśpionej jeszcze dzielnicy. Odwracam wzrok, gdy wrony strącają młodego szpaka z gałęzi między samochody, mogę życzyć mu najwyżej szybkiej śmierci. To nie moja wojna. Natura bywa okrutna, ale jest w niej wciąż miejsce na spontaniczne spotkania. Dzisiaj nad rzeką ciekawska wrona podeszła do Okszy na swoich szczudlastych nogach i zabrała jej patyk. Pies obserwował tę oczywistą prowokację ze spokojem jakby spoza siebie. Zlekceważona wrona wypluła patyk i przeleciała nisko, nad moją głową, tak że czułam miękkość jej skrzydła tuż za uchem. Potem patrzyła na mnie trzymając w dziobie tekturową tackę po frytkach. ‘Pukiel moich włosów bardziej by ci się przydał’ pomyślałam, gdy ptak z krótkim rozbiegiem startował z pnia jak z niewielkiego lotniska, rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze niebezpiecznie zasłaniając sobie pole widzenia tłustą tekturą.

Wracając do domu spoglądam w lustro i widzę małą pętlę wiszącą na mojej szyi jak stryczek. To smycz Okszy odmieniona zgodnie z obecnym stanem umysłu miasta i jego mieszkańców. Berlin płonie, pod szkłem powiększającym strach przed śmiercią; słońce zaczyna działać jak zapłon. Zastanawiam się, czy iść na zasiłek dla bezrobotnych, czy też zapożyczyć się u przyjaciół, problemy pierwszego świata. Co to za luksus, co za bogactwo – mieć taki wybór. Po raz pierwszy w życiu rozumiem, co oznacza teoria szklanki do połowy pustej lub pełnej. Do tej pory wydawało mi się, że to taka zapchaj dziura i szybka śmierć każdej dyskusji. Teraz wypijam jednym haustem to, co jest w środku, a szklanka znów się napełnia. Wszyscy zdrowi, mama kupuje 15 masek ochronnych, żeby móc jeździć z psem do weterynarza, w Zehlendorfie jest znów papier toaletowy, a w tureckim supermarkecie nawet płyn do dezynfekcji rąk. Bliscy umierają tylko w snach, z których budzę się nad ranem z bólem brzucha, przypominając sobie, że taki sen może oznaczać tylko jedno – długie życie w dobrobycie. Chlust – szklanka znów się napełnia. Zepsuta zmywarka, przypalony chleb, ujemne saldo konta w banku, głośni sąsiedzi, pies, który nie potrafi aportować i sieje po kątach zimową sierść. Zgubione plecaki, twarde dyski, klucze do domu, ukradzione rowery, to wszystko jest gdzieś w tych gniazdach wronich, to dlatego one patrzą nam w oczy z taką wyższością: ‘Hej człowieku, ile jeszcze rzeczy musisz stracić, by zorientować się, że wciąż masz za dużo?’

4 thoughts on “Day 17

  1. W sprawie pełni szkalnki i jej pustki.

    Nawet w czasach sporej nieprosperity, mam tę potrzebę “kupię coś sobie”.
    Fajnie jest coś kupić. Puścić pieniądze w obieg.
    Jak się okazuje można kupować cegiełki.
    Na przykład na jedzenie dla pracujących po nocach lekarzy.
    Działa tak samo jak z nowymi najkami: pieniądze znikają z konta, kupiłem coś czego nie potrzebuję.
    Kurier z karmą pewnie przyjedzie, jak zwykle, niezapowiedziany.

    Liked by 1 person

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s