Day 16

wersja polska poniżej

They disappeared hastily into the subway’s mouth, realizing that nothing awaits them here.

I am not sure which day of the month happens today. Certainly, Sunday although every day has been a Sunday for some time. 4th or 5th April. Oksza has continuously been whining, perhaps because we are spending long hours in the kitchen now. She has no place there, and she is afraid of various loud sounds – a kitchen blender, the clatter of wooden spoons on bowls and jars, egg whisks, a radio broadcasting news in a foreign language, and above all those rustling foils, trash bags hanging from wooden door handles. I try to calm her down, revealing that the rustling monsters are not so scary, they do not pose a direct threat to her. I teach her that the kitchen is actually quite an okay place to hang out, but she does not believe me at all. I can’t blame her. Nor can I say with a clear conscience that they are entirely harmless. Plastic clutters streets, rivers and oceans and seems to flow straight from our Berlin apartment to the rivers of Ganges, Congo and even the Vistula bypassing all recycling stations. Flowing from the rich to the poor, even if the first ones are in debts, the second, simply have nothing. The rustling of the plastic bag is like a grenade explosion to her ears.

We bake, cook, whisk instead of lying with the dog on the sofa and guarding her tail against the windows crackling from drafts. In the meantime, we appreciate how privileged we are that we have a balcony. Oksza asks silently, with the eyebrow movement – why, like other people, we cannot walk endlessly by the river, treating the dog as a shield against the law enforcement services? It is an authentic spring day today, an old lady with a poodle encircles us, lest we socialize with her. Does anyone bring her shopping? She is too far to ask. On Saturday night, we walked five kilometers through the city and Berlin became a small, provincial town. Three cars and two pairs of confused passersby near Nollendorf Platz, as if waiting for the reopening of dormant kebab kiosks. They disappeared hastily into the subway’s mouth, realizing that nothing awaits them here.

Next day I am angry that the can of coconut milk that I put in the fridge at night landed back in the cupboard. I couldn’t whip the cream for the banana cake that I had reinvented early that afternoon adding a layer of salty tahini to the bottom of the nutty dough. I watch with rising compassion as the celery and young green onion ripen in a mug on the windowsill, worrying if I will have enough strength to plant them in pots and let them grow. 600 kilometers away, my 80-year-old dad steeps dozens of jars of English orange marmalade in boiling water, and my mum writes down memories of her youth. We will not see each other for the next month, two or three or seven. During our talks, we realize that we start to think in terms of nations, countries and borders again. The old order is restored, and with a sense of relief and guilt, we have to admit that we probably are in one of the best places to survive this strange time.

Dzień 16

Zniknęli pośpiesznie w paszczy metra, zorientowawszy się, że tu nic na nich nie czeka.

Nie wiem, który dziś dzień miesiąca. Na pewno niedziela, choć każdy dzień to od jakiegoś czasu trochę niedziela. 4ty albo 5ty kwietnia. Oksza od tygodnia cały czas piszczy, być może dlatego że spędzamy teraz długie godziny w kuchni a ona nie ma tam swojego miejsca, boi się różnych głośnych dźwięków – blendera kuchennego, stukotu drewnianych łyżek o miski i słoiki, trzepaczki do jajek, radia nadającego wiadomości w obcym dla niej języku a przede wszystkim tych szeleszczących foliówek, toreb na śmieci zwisających z klamki drewnianych drzwi. Próbuję ją uspokoić pokazując, że szeleszczące potwory nie są wcale takie straszne, nie stanowią dla niej bezpośredniego zagrożenia, nauczyć, że kuchnia w gruncie rzeczy jest całkiem w porządku, ale ona prawdopodobnie słusznie, wcale mi nie wierzy. Nie mogę przecież z czystym sumieniem powiedzieć, że są zupełnie nieszkodliwe, skoro plastik zaśmieca ulice, rzeki i oceany, wydaje się spływać prosto z naszego berlińskiego mieszkania do Gangesu, Kongo a nawet Wisły omijając wszystkie stacje recyklingu płynąc od bogatych ku biednym, nawet jeśli ci pierwsi mają długi w bankach, to ci drudzy po prostu nie mają nic. Szelest foliówki jest dla jej uszu jak wybuch granatu.

Pieczemy, pichcimy, ubijamy pianę zamiast leżeć z psem na kanapie i pilnować jej ogona przed trzaskającymi od przeciągów oknami. W przeciągu doceniamy jak bardzo uprzywilejowani jesteśmy, że mamy balkon. Oksza pyta ruchem brwi – czemu, jak inni ludzie, nie możemy spacerować bez końca z nad rzeką zasłaniając się psem jak tarczą, przed służbami porządkowymi? Jest dziś prawdziwie wiosenny dzień, starsza pani z pudlem omija nas szerokim łukiem, żebyśmy się z nią nie socjalizowali. Czy ktoś przynosi jej pod drzwi zakupy? Jest za daleko, żeby zapytać. Wczoraj, w sobotnią noc szliśmy 5 kilometrów przez miasto i Berlin stał się małym miasteczkiem na prowincji: minęły nas trzy samochody i dwie pary zdezorientowanych przechodniów w okolicach Nollendorf Platz, jakby oczekujących na ponowne otwarcie uśpionych kebabowni. Zniknęli pośpiesznie w paszczy metra, zorientowawszy się, że tu nic na nich nie czeka.

Następnego dnia jestem zła, że puszka mleka kokosowego, które włożyłam na noc do lodówki wylądowała z powrotem w szafce i nie będę mogła ubić piany do bananowego tortu, który wczesnym popołudniem wymyśliłam na nowo dodając na spód orzechowej masy warstwę słonej tahiny. Patrzę ze wzbierającym współczuciem jak na parapecie dojrzewa w kubku seler naciowy i młoda, zielona cebula, martwiąc się czy starczy mi sił, żeby posadzić je w doniczkach z dziurką i pozwolić im urosnąć. 600 kilometrów stąd mój 80-cioletni tata parzy we wrzątku dziesiątki słoików na angielską konfiturę z pomarańczy a mama pisze wspomnienia z czasów młodości. Nie zobaczymy się przez następny miesiąc, dwa lub trzy lub siedem. Podczas naszych rozmów zdajemy sobie sprawę, że znów myślimy w kategoriach narodów, krajów i granic. Przywrócony zostaje dawny porządek, kiedy z poczuciem ulgi i winy stwierdzamy, że jesteśmy prawdopodobnie w jednym z najlepszych miejsc by przetrwać ten dziwny czas.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s