Wdzięczność.

ENGLISH BELOW

photo Stefanie Reinhard

Zapach może nienaturalny, ale jeden z moich ulubionych, taka mieszanka kurzu, naftaliny (albo czegoś co pachnie podobnie do naftaliny) i podziemnej wilgoci.

Dziś rano byłam nad rzeką. Oksza gubi kilogramy sierści, które wyczesuję i garściami porzucam w krzakach mając nadzieję, że sroki zrobią z niej użytek w swoich gniazdach.  Reszta sierści zostaje w domu. Na dywanach i w rogach pokoi powstają kokony z jej podszerstka, z których można tkać biało-beżowe dywany z psiej wełny.

photo by me

Nad rzeką trzy starsze panie w rękawiczkach zbierają śmieci rozrzucone przez sroki. Te same panie najpierw wystosowały apel, rozwieszając go na słupach, zabezpieczony wodoszczelną folią, żeby odpady pozostawione po skonsumowanych nad Sprewą produktach zabierać ze sobą, bo sroki robią bałagan i rozrzucają śmieci po całej linii brzegowej. Apel nie poskutkował, więc panie zakasały rękawy i zaczęły sprzątać po innych, w każdą niedzielę. Nad brzegiem stoi dziś łódź – mobilna kamera obscura i robi zdjęcia wybrzeża. Na zdjęciu naszego odcinka rzeki będzie być może widać, jak było brudno, a potem jest czysto i sylwetki emerytek w rękawiczkach jak duchy gigantycznych mrówek uwijają się przy śmietnikach. Usiadłam na ławce i przeczytałam jedno, bardzo krótkie opowiadanie Carvera pt. Signals (Znaki). Trzy strony podprogowej narracji o wysyłaniu i czytaniu znaków, zapowiadających, że coś się nieuchronnie kończy. Taki speed dating z książką, bardzo inspirujący, poruszający wspomnienia.

photo by me

Pod oknami przeszła właśnie orkiestra cygańska, było to zaraz po krótkim deszczu, gdy ziemia pachnie obłędnie, a do naszego balkonu doszły nawet strzępy zapachu rozgrzanego, berlińskiego metra. Zapach może nienaturalny, ale jeden z moich ulubionych, taka mieszanka kurzu, naftaliny (albo czegoś co pachnie podobnie do naftaliny) i podziemnej wilgoci. Tak pięknie pachnie jeszcze tylko mokra ziemia w doniczkach i jezioro na Górze Diabła (Teufelsberg), w którym woda jest tak czysta, że można ją pić. Orkiestra na szczęście nie zagrała wyświechtanego standardu „Kiedy święci maszerują do nieba “. Być może święci odmaszerowali już wcześniej na innej ulicy. Chciałam rzucić im pieniążek w podzięce, ale myślami byłam zupełnie gdzie indziej, a oni wraz z echem trąbki i akordeonu zbyt szybko zniknęli za rogiem. „Święci maszerują do nieba” to był pierwszy utwór, jakiego nauczyłam się grać na akordeonie. Już nie gram, za dużo mam z tym instrumentem dziwnych wspomnień. Zrobił się dla mnie za ciężki i za głośny. Porzuciłam go w mieszkaniu w podwarszawskim Rembertowie, został w starej szafie, w pokoju, który zawsze pachniał moczem po starszej pani, mieszkającej w nim do czasu przeprowadzki do szpitala. Akordeon kupiłam kiedyś za pierwsze zarobione pieniądze w nieistniejącym już na warszawskiej Pradze teatrze. Po mojej wyprowadzce ktoś musiał gdzieś ten instrument przenieść i schować, zająć się nim w moim imieniu. Ja po prostu porzuciłam go na pastwę losu, żeby coś za sobą zostawić i zamknąć w czyjejś szafie. Decyzja, co się z nim stanie, siłą rzeczy spoczęła na kimś innym (dziękuję Misi i Ani).

photo by Stefanie Reinhard

W tym czasie nagromadziło się zbyt wiele bagaży bez uchwytów, bez rączek, klejących się do ciała, jak spocone koszulki. W drugim pokoju w Rembertowie mieszkała moja przyjaciółka, był dużo większy, nie pachniał moczem, miał balkon, na którym (najprawdopodobniej) paliłyśmy papierosy w dżungli kwiatów. Moja przyjaciółka wzięła ten większy pokój, a ja czułam, że cela, którą wybrałam jest rodzajem czyśćca, poczekalni przed czymś otwartym i świetlistym. Dlatego zaakceptowałam tę ciemność i ten zapach, mieszankę umierania i przeszłości, z przyszłością, która musi nadejść, bo człowiek nie może tkwić w takim miejscu długo, musi się ruszyć, coś rozdrapać i zmienić, by móc otworzyć w końcu okno i wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Teraz odczuwam wdzięczność, wobec tego czasu i tej przestrzeni. I wobec tych kobiet, które wzięły na swoje barki część tego procesu i przeniosły mój akordeon do czyjejś piwnicy, na jakiś targ albo być może w czyjeś sprawne ręce, które do dzisiaj grają na nim „Kiedy święci maszerują do nieba”.

photo by Stefanie Reinhard

Gratitude

The scent of subway may be fabricated, but it is one of my favorites, a mixture of dust, mothballs (or something that smells similar to mothballs) and underground moisture.

I was by the river this morning. Oksza loses kilograms of fur, which I comb and then abandon in the bushes, hoping that the magpies will use it in their nests. The rest of the hair stays at home. On the carpets and in the corners of all rooms arable fields of undercoat appear, we could weave from them white and beige dog wool carpets.

photo by me

By the river, three elderly ladies wearing gloves collect garbage scattered by magpies. The same ladies issued an appeal, hanging it on poles in waterproof foil, so that the waste left on the bank would be taken by people home. The appeal did not work, so the ladies rolled up their sleeves and began cleaning up after others, they do it every Sunday. A boat stands on the shore today – a mobile camera obscura – and takes pictures. In the photo from our part of the river, one will probably see how dirty it was and then how clean it became. The silhouettes of retired ladies like ghosts of giant ants are bouncing around the trashcans. I sat on a bench and read one short story of Carver called Signals. Three pages of subliminal narrative about sending and interpreting signs that something is inevitably coming to an end. Such a speed dating with a book, very inspiring, moving memories.

photo by me

A lively Gypsy orchestra passed under the windows just after a short drizzle when the earth smelled insane, and even shreds of the heated Berlin subway aroma came to our balcony. The scent of subway may be fabricated, but it is one of my favorites, a mixture of dust, mothballs (or something that smells similar to mothballs) and underground moisture. Only the wet soil in the pots and the lake on the Devil’s Mountain (Teufelsberg) where the water is so clear that you can drink it, smells so wondrous. The orchestra mercifully did not play the hackneyed jazz standard “When the Saints Go Marching In”. Perhaps the saints had already marched off on another street. I wanted to throw them a coin in gratitude, but my thoughts were somewhere else, as they disappeared too quickly around the corner together with the echo of the trumpet and accordion. “When the Saints Go Marching In” was the first song I ever learned to play on the accordion. I don’t play anymore, I have too many strange memories with that instrument. It got too heavy and too loud for me. I abandoned it in an apartment in Rembertów, a small town next to Warsaw.  Old wardrobe, in a room that smelled of urine from an old lady who had lived there until moving to a hospital. I bought that instrument for the first money I’ve earned, in a theatre that no longer exists in Warsaw’s Praga district. Someone had to take care of it on my behalf. I just abandoned it there, in order to leave something behind, and lock it in a stranger’s closet. The decision what would happen to it inevitably rested on somebody else’s shoulders.

photo by Stefanie Reinhard

During this time, too much luggage without a handle accumulated in my life, sticking to the body, like a sweaty T-shirt. A good friend of mine occupied the other room in this appartment. It was much bigger, it didn’t smell of urine, it had a balcony where we (probably) smoked cigarettes surrounded by a jungle of flowers. My friend took this larger room because I felt that the cell I was given was a kind of purgatory, waiting room in front of something open and luminous that was yet to come. I accepted this darkness and the smell of death and the past mixed with a slight scent of the future. I knew, one cannot stay in such a place for a long time, one has to move on, scratch and change something to finally open the window and let some fresh air into one’s lungs. Now, I feel gratitude towards this time and this space. Towards those women who took part in the process and moved my accordion to some basement, or a flea market or perhaps even into somebody’s good hands, which until today play on it the jazz stunner “When the Saints Are Marching In”. Thank you.

photo by Stefanie Reinhard

8 times human*

Wersja polska poniżej

I came back to read the news today and found out that dolphins from Queensland, Australia miss humans and therefore bring gifts, like sea sponges and algae crowns, to earn them back. One human interpreted that they rather long for free lunches than humans themselves, but my heart tells me that dolphins bring thanksgiving items to show their gratitude to be finally left alone. Who knows? Dolphins use tools and have a culture most probably more advanced than ours, so how can we even speculate what do they express with that humble gesture, if it’s humble at all?

I think a lot about animals lately. For example, the eels in Tokyo’s aquarium that are supposedly also getting anxious from losing contact with human faces. Keepers at the aquarium posted videos on social media showing the eels hiding in their burrows whenever people approached, and they asked the public to help. Now, the aquarium is facilitating FaceTime calls to the eel tank to help the animals stay used to people. We want to be remembered. We don’t exist if others forget us. Even eels. I was moved to tears by a reunion between Ismael Fernandez and a donkey Baldo from Malaga. After two months of separation a man and the donkey finally reunited and both cried of emotions.

photo David Bruning

A distant friend of mine I met years ago in Armenia posted a video yesterday of a monkey dressed in a t-shirt and eating an apple like a human. I noted, using my social-media activist skills, that this monkey should be in a forest with her/his family or stealing apples on a crowded street in India, rather than sitting on a table in an apartment. My friend was sure that monkeys need human contact because they are so closely related to us, the last missing link. I was struck how we are convinced of our irreplaceability, so vain, not only among ourselves but also in the inter-species relations.

In the most popular documentary series in the history of humanity, that won the internet last month, that is, of course, Netflix’s “Tiger King” – one of the characters claims that the wild animals need private ZOOs and care because there are almost none left in the wild. It’s the most disgusting, hypocritical argument of the human of the late capitalism that destroyed and keeps destroying the natural habitats of tigers and other wild animals day by day, and then creates an abusive environment build on this exploitive attitude, supposedly to preserve endangered species. Most of the 7 hours watching this show I wanted to puke or hang myself alternately. I believe that the intentions of the two directors who spent 5 years making that ‘show’ were noble. Still, they forgot with whom they communicate. An average viewer wants to jump in her/his pickup truck and drive 500 miles on diesel to see the Big Cat Rescue ‘sanctuary’ or the ruins of Joe Exotic imperium to take a selfie in front of it and post it on Facebook. The tickets will be sold like fresh croissants after the pandemic is through and the private zoos will continue to make money on animal abuse, cub petting (puke) and cheap souvenirs made in China, like never before.

After a month of being silent, I just wanted to say one thing: don’t shop wild animals. If you can adopt domestic animals as pets, do so, but don’t breed them. Leave the dolphins alone, so they have space to create more fantastic totems of their culture. Namaste.

*The word ‘human’ was used in this texts 8 times, the word ‘animal’ only 7.

8 razy człowiek*

Wróciłam dzisiaj do czytania wiadomości i dowiedziałam się, że delfiny z Queensland w Australii tęsknią za ludźmi i przynoszą na brzeg prezenty, takie jak gąbki morskie czy korony z alg, aby przekonać ludzi do powrotu. Pewien człowiek stwierdził, że tęsknią raczej za darmowymi obiadami, niż za samymi ludźmi. Moje serce podpowiada mi, że delfiny przynoszą dary, aby okazać swoją wdzięczność za to, że w końcu zostały pozostawione same sobie. Ale kto wie? Delfiny używają narzędzi i mają własny kod zachowań społecznych prawdopodobnie bardziej zaawansowany niż nasz, więc jak możemy spekulować, co wyrażają tym dziękczynnym gestem (jeśli w ogóle jest dziękczynny)?

Dużo ostatnio myślę o zwierzętach. Na przykład o węgorzach z akwarium w Tokio, które podobno czują się nieswojo nie mając kontaktu z ludzkimi twarzami. Właściciele akwarium zamieszczają w mediach społecznościowych filmy pokazujące węgorze chowające się w norach na widok człowieka i rzekomo w ich imieniu proszą o pomoc. W trakcie pandemii akwarium umożliwia połączenie za pomocą FaceTime’a z węgorzami, aby mogły przyzwyczaić się na nowo do ludzi. Chcemy być widoczni dla innych, obecni. Nie istniejemy, jeśli inni o nas zapomną. Nawet węgorze. Poruszyło mnie natomiast spotkanie Ismaela Fernandeza i osła Baldo z Malagii, gdy mężczyzna i osioł płakali, gdy zobaczyli się po dwóch miesiącach rozłąki.

zdjęcie David Bruning

Mój daleki znajomy z Armenii, opublikował wczoraj video z małpką ubraną w koszulkę i jedzącą jabłko jak człowiek. Zwróciłam mu uwagę, jako gorliwa aktywistka mediów społecznościowych, że ta małpka powinna być w lesie z rodziną lub ewentualnie kraść jabłka na zatłoczonej ulicy w Indiach, zamiast w przebraniu siedzieć na krześle, przy czyimś stole. Mój kolega odparł, że małpy potrzebują kontaktu z ludźmi, ponieważ są tak blisko z nami spokrewnione. Uderzyło mnie, jak silnie przekonani jesteśmy o tym, że nie da się nas zastąpić, nie tylko między nami, ale także w relacjach międzygatunkowych.

W najpopularniejszym serialu dokumentalnym w historii ludzkości, który wygrał Internet w czasach zarazy, mowa oczywiście o „Królu Tygrysów” – jeden z bohaterów twierdzi, że dzikie zwierzęta potrzebują prywatnych, domowych ZOO, ponieważ nie wstępują już prawie na wolności. Jest to argument pełen hipokryzji wymyślony przez człowieka późnego kapitalizmu, który systematycznie niszczy naturalne siedliska tygrysów i innych dzikich zwierząt, a następnie dla rozrywki tworzy miejsca, gdzie te zwierzęta są wykorzystywane w celach zarobkowych, niby w oparciu o potrzebę ochrony zagrożonych gatunków. Większość z 7 godzin spędzonych na oglądaniu tego programu było mi albo niedobrze albo chciałam umrzeć ze wstydu. Być może intencje reżyserów, którzy spędzili 5 lat na tworzeniu tego „show” były szlachetne, zapomnieli tylko, z kim się komunikują. Przeciętny widz tego programu chce bowiem wskoczyć do swojego diesla i przejechać 500 mil, aby zobaczyć teren Big Cat Rescue lub ruiny imperium Joe Exotic, tylko po to, żeby zrobić sobie przed bramą selfie i opublikować je na Facebooku. Po ponownym otwarciu bilety będą sprzedawać się jak świeże bułeczki, a prywatne ogrody zoologiczne będą nadal zarabiać krocie na wykorzystywaniu zwierząt, pieszczotach nowonarodzonych tygrysów (rzyg) i tanich pamiątkach wyprodukowanych w Chinach.

Po miesiącu milczenia chciałam tylko powiedzieć jedno: nie kupuj dzikich zwierząt. Jeśli możesz adoptować zwierzęta domowe, rób to, ale nie rozmnażaj ich. Zostaw delfiny w spokoju, aby miały przestrzeń na tworzenie fantastycznych totemów swojej kultury. Namaste.

*Słowo ‘człowiek’ bądź ‘ludzie’ użyte zostało w tym tekście 8 razy, natomiast ‘zwierzę’ reprezentujące różne gatunki 7.

A drought, one month later.

Wersja polska poniżej/ Polish version below

Berlin Tempelhof Airport

This happened when I started to hear that little knocking in the pipes at night. Earlier this evening, the wine had no taste. I was thinking if it’s somebody knocking, some little soul or maybe just a reminder of something. The question was formed: what happened to the killer bees? Is the Wu-tang Clan responsible for the sudden panic attacks? One month and one week, my mind seems to be adapting to the new measures of time. Its perception went from slow to ultra-fast like a killer bee, aggressive and stingy. Still, I am far from injecting hand sanitizers into my veins. The Internet says: the word ‘vain’ has no plural and has nothing to do with the blood vessel that transports blood from the capillaries back to the heart.

Yesterday was cold, today it’s hot. This quarantine has been rainless, and the rainless spring is coming to an end. Our flat mate David went to Bavaria to save some hop crops, so we all can enjoy the Bavarian beer in the summer. Now, he is our working-class hero. The seasonal workers from Poland and Romania didn’t arrive. How would the land look like with no rain and seasonal workers?

My neck hurts, I slept wrong. I wake up and feel an urge to plan, I think I inherited it from my father. No time to rest, it just feels ridiculous. In vain. But nowadays planning makes you sad and pitiful. I wander around the apartment trying to investigate where does the hissing noise come from. I put my ear to the walls, I open windows and listen to nightingales. Am I getting crazy? In these moments, I envy my friends with kids, who indeed have no time left for anything, not even to worry about climate change. 

Little sprouts of the bee meadow are cutting the earth despite the drought, good people water them. I started to reread Doris Lessing. The book arrived yesterday by post, used, some hands were touching it, feels somehow rebellious to read it. It has a few stains of coffee somebody drunk someday in the past. A story about a woman who becomes old during just one summer. I feel we have a lot in common. I read three pages before falling asleep, out loud, to hear how the language flows. Reading out loud woke me up, unwillingly I became the narrator. The woman in The Summer before Dark is not thinking, she is ‘trying to catch a hold of something and lay it bare so that she could look and define;’. I write to stay sane. People around fall apart. Too many, too fast. When Doris Lessing found out, she was awarded the Nobel prize, she was just getting out from a taxi in front of her house with her son holding an artichoke in one hand and a bag of onions in the other. When I watch this video, I feel she is worried, maybe because the world decided she is now senile and should retire. Olga Tokarczuk said in an interview for SVT that the Nobel prize can be intimidating and made her feel that some people have decided she already told her part. This prize is different from any other as there are no more prizes to come, this can be silencing for a 58-year-old writer.

It’s a drought. The leaves are bowing to the ground with humbleness that we could have instead. But we don’t so we are all going to die. Thinking positive when the sun is shining, and the summer comes too soon, it’s too much to ask. I put out a plate with water for birds, maybe a sparrow or a starling will kill her thirst. The Berlin club bouncers may sleep at nights again, if they can, that is. The security business is blooming while the trees die of thirst.

“I am thirsty, I urgently need water, so that I can do photosynthesis and supply you with oxygen. 20-40 liters a day help me, this is 2-4 buckets of water per day.”

Susza, miesiąc później.

Płyta lotniska Berlin Tempelhof

Stało się to, kiedy usłyszałam ten cichy stukot w rurach dzisiejszej nocy, wcześniej tego wieczoru wino nie miało smaku. Zastanawiałam się, kto puka, czy jakaś zabłąkana duszyczka, a może tylko przypomnienie o czymś, o czym się zapomniało. Pojawiło się pytanie, co z zafrykanizowaną pszczołą miodną (killer bee). Czy to Wu-tang Clan, odpowiedzialny jest za te nagłe ataki paniki? Przez miesiąc i tydzień kwarantanny mój umysł zdaje się przystosował do nowych miar czasu. Jego percepcja zmieniła się z powolnej na ultraszybką jak zabójcza pszczoła, agresywna i żądląca. Jednak daleko mi jeszcze do wstrzykiwania sobie dożylnie środków dezynfekujących.

Wczoraj było zimno, dziś jest gorąco. Kwarantanna bez deszczu; bezdeszczowa wiosna dobiega końca. Nasz współlokator David pojechał do Bawarii, aby ratować uprawy chmielu, sadzi i podlewa, abyśmy wszyscy mogli cieszyć się bawarskim piwem tego lata. Bohater klasy robotniczej. Pracownicy sezonowi z Polski i Rumunii w tym roku nie przyjechali. Jak wyglądałaby ziemia bez deszczu i pracowników sezonowych? Boli mnie szyja, źle spałam.

Budzę się i mam ochotę coś zaplanować, myślę, że odziedziczyłam to po tacie. Nie czas by odpoczywać. Niestety w dzisiejszych czasach planowanie czyni cię smutnym i żałosnym. Snuję się po mieszkaniu, próbując odnaleźć źródło hałasu. Przykładam ucho do ścian, otwieram okna i słucham słowików. Czy zaczynam wariować? W takich chwilach zazdroszczę moim przyjaciołom z dziećmi, którzy nie mają teraz na nic czasu, nawet by martwić się o zmiany klimatu.

Małe pędy zasadzonych dzikich kwiatów przebijają się pomimo suszy, bo jacyś dobrzy ludzie je podlewają. Wróciłam do Doris Lessing. Książka dotarła wczoraj pocztą, używana, dotykana przez czyjeś ręce. Taki rodzaj buntu, żeby ją dotykać (to zakazane), czytać, smakować słowa. Ma kilka plam po kawie, którą ktoś kiedyś wypił. To opowieść o kobiecie, która starzeje się w ciągu jednego lata. Czuję, że mamy wiele wspólnego. Przeczytałam trzy strony, na głos, przed snem. Czytanie na głos obudziło mnie, stałam się narratorem, mimowolnie. Kiedy Doris Lessing dowiedziała się, że otrzymała nagrodę Nobla, właśnie wysiadała z taksówki przed swoim domem, a jej syn trzymał w ręce na temblaku karczoch, a w drugiej worek cebuli. Kiedy oglądam to video, zdaje mi się, że pisarka się martwi, być może tym, że świat zadecydował już za nią, że jest stara i powinna przejść na emeryturę. Olga Tokarczuk powiedziała w wywiadzie dla szwedzkiej telewizji, że nagroda Nobla może onieśmielać, że to tak jakby ​​jacyś ludzie zdecydowali, że nie ma się już nic więcej do powiedzenia. Ta nagroda różni się od innych, ponieważ po niej nie można już dostać kolejnej, ponura wizja dla 58-letniej pisarki. Kobieta w Lecie przed zmierzchem nie myśli, ale „próbuje złapać i odsłonić, żeby mogła patrzeć i definiować;”. Piszę, żeby pozostać przy zdrowych zmysłach. Ludzie wokół nie dają rady. Za dużo, za szybko.

„Jestem spragnione, pilnie potrzebuję wody, abym mogło odbyć proces fotosyntezy i dostarczyć ci tlenu. Pomoże mi 20-40 litrów dziennie, co równa się od dwóch do czterech wiader wody.”

Jest susza. Liście kłaniają się ku ziemi z pokorą, którą powinniśmy odczuwać my, nie one. Nie wiemy, czym ona jest, więc wszyscy umrzemy. Myśleć pozytywnie, gdy świeci słońce, a lato nadchodzi zbyt wcześnie, to jakby prosić o zbyt wiele. Stawiam półmisek z wodą dla ptaków, może wróbel lub szpak ugasi w nim pragnienie. Berlińscy bramkarze z klubów nocnych wreszcie mogą pójść spać. Firmy ochroniarskie rozkwitają jak grzyby po deszczu, a drzewa umierają z pragnienia.

Day 0, the beginning

Wersja polska poniżej/ Polish version below

Children with adult faces play with a ball in a yard, or maybe on a beach, the sea is not to be seen. 

Directly after the announcement of the first news related to the epidemiological threat in Europe, I boarded the Warsaw-Berlin express. Leaving my hometown, I was heading to my new home. I had a gift from my mother. A poster from an exhibition with a painting by Kiejstut Bereźnicki wrapped up elegantly in a roll, bought in an art gallery in Sopot. I thought it was a shame to unwrap such an elegantly prepared gift, so I got on the train without even looking at it. In the compartment, a young man coughed into his fist, which was not even scandalous yet, and an older couple sitting at the door compulsively rubbed their hands with a disinfectant, which, as a matter of fact, irritated me a lot. It was the 9th of March, everything was still open and possible, but the smell of antiseptic liquid brought back strange memories of an elderly lady’s perfumes. Maybe imagination, maybe real but for sure deeply buried, unpleasant memories of my childhood. So, I took my things and left.

In the dining car, I ate a cream soup from white vegetables posing for something luxurious and delicious because of a few drops of the truffle oil. The soup itself did not have a taste; therefore, it was like a memory of truffles on litmus paper hidden in a cabinet on my parents’ dacha. I spent 16 PLN on it and paying, I realized that it was my last 16 PLN. I can never behave as if I have the last 16 PLN on my account; They say, my not-real-grandfather Staszek, my mother’s daddy, who in fact was her stepfather, was like that too. He was admired, so I prefer to think that I inherited it and that it is not such a terrible feature after all.

A Polish bricklayer was also sitting in the diner. Shouting very loudly into a headset with a built-in speaker hidden somewhere, he looked like a maniac screaming to himself all details from his own life. He was going to work in Germany and complained into space that he, for the past 2 years since he is no longer with Karolina, has been using the service of prostitutes. At the same time, he peeped at every passing butt, no matter if it belonged to a very young or an older woman. I began to fear that his strategy doesn’t work and that regular visits in massage parlors did not inhibit his evident, sexual drive. I felt uncomfortable, even though he did not pay attention to me, presumably because I wear a large coat, heavy shoes, I have no makeup, and I have short hair, which makes me look a bit like a coal carter from before the war (according to my mother) or makes me resemble a character from the book ‘The summer before the dark’ by Doris Lessing – i n v i s i b l e. However, I do not look like that to feel safe among bricklayers (no offence to bricklayers!) I just do. Having paid for my soup with my last Polish money, I stayed with the question whether using the offer of prostitutes saves women from rape, harassment and dirty looks of sexually unsatisfied men. Already at home, I asked L. about it, who said he thinks that mostly upbringing and sex education are conclusive and that he does not believe in that 19th century theory. I remembered a friend once telling me that in Sweden, children do not even know what profession it is, and that there is no word for prostitutes anymore in the language. Only erasing a term, doesn’t make it disappear, it goes merely underground like abortion in Poland.

I went into the apartment, hugged my yearning dog and remembered that the poster with a painting of Kiejstut Bereźnicki showing children with adult faces playing on the beach, unfortunately, stayed on the train, in the compartment with that coughing young man and a couple using hand sanitizers. Presumably forever. It seems that my mother who bought it, because the painting reminded her of me, erased the sea from it. And the sea is there. It only evaporated from her memory.

The poster probably looked like this:

Dzień 0, początek

Dzieci o twarzach dorosłych bawią się w piłkę na podwórku, a może plaży, morza nie widać.

Tuż po ogłoszeniu pierwszych newsów związanych z zagrożeniem epidemiologicznym w Europie wsiadłam do pociągu relacji Warszawa-Berlin. Zostawiając swoje rodzinne miasto ruszałam w drogę do domu. Od mamy dostałam w prezencie, zwinięty elegancko w rulonik, plakat z wystawy przestawiający obraz Kiejstuta Bereźnickiego, zakupiony w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie. Było mi szkoda rozwijać tak elegancko zapakowany rulonik, więc wsiadłam z nim do pociągu nie zerknąwszy nawet na plakat. W przedziale młody człowiek kasłał w pięść i nie było to jeszcze niczym skandalicznym, a państwo siedzący przy drzwiach kompulsywnie nacierali ręce płynem do dezynfekcji, co bardzo mnie drażniło. Był 9 marca, wszystko było jeszcze otwarte i możliwe, ale zapach płynu do dezynfekcji przywracał dziwne wspomnienia perfum jakiejś starszej pani z wyobraźni dziecka bądź realnych, zakopanych gdzieś głęboko w odmętach pamięci, nieprzyjemnych wspomnień z dzieciństwa. Zabrałam więc rzeczy z przedziału i wyszłam.

W Warsie zjadłam zupę-krem z białych warzyw pozującą na coś luksusowego i pysznego ze względu na dodatek oliwy truflowej. Zupa sama w sobie nie miała smaku, w związku z tym była jak wspomnienie trufli na papierku lakmusowym schowanym w szafce na działce rodziców. Wydałam na nią 16 złotych i płacąc zorientowałam się, że to moje ostatnie 16 złotych. Nigdy nie umiałam zachowywać się tak, jakbym miała ostatnie 16 złotych na koncie, podobno mój przyszywany dziadek Staszek, tatuś mojej mamy, który w rzeczywistości był jej ojczymem, też tak miał. Był bardzo lubiany, więc wolę myśleć, że mam tak być może po nim i że nie jest to taka straszna cecha.

W Warsie siedział też polski murarz, który informację o swojej profesji, jak i inne rzeczy, wykrzykiwał bardzo głośno koledze sprzed lat, a że nie miał przy uchu telefonu, tylko gdzieś schowane kabelki słuchawek z wbudowanym głośnikiem, wyglądał trochę jak maniak wrzeszczący do siebie szczegóły własnego życia. Jechał na robotę do Niemiec i żalił się w przestrzeń (w domyśle koledze), że od 2 lat, odkąd nie jest już z Karoliną, korzysta z usług prostytutek. Jednocześnie zezował na każdy przechodzący tyłek, nie ważne czy należał do bardzo młodej czy też starszej kobiety. Zaczęłam się obawiać, że jego strategia nie działa i regularne korzystanie z usług prostytutek nie hamuje jego ewidentnego popędu. Poczułam się w związku z tym, po raz kolejny w swoim życiu nieswojo, mimo że na mnie nie zwracał uwagi, przypuszczalnie dlatego, że noszę za duży płaszcz, ciężkie buty, nie mam makijażu i mam krótkie włosy, co upodabnia mnie do furmana rozwożącego węgiel przed wojną (wg mojej mamy) lub czyni mnie, podobną do Kate Brown, bohaterki Lata przed Zmierzchem, pióra noblistki Doris Lessing – n i e w i d z i a l n ą. Nie wyglądam tak jednak, by czuć się bezpiecznie pośród murarzy (bez urazy murarze!), ale po prostu tak ostatnio mam. Zapłaciwszy za zupę moimi ostatnimi złotówkami, zostałam z pytaniem, czy korzystanie z usług prostytutek ratuje kobiety przez gwałtem, molestowaniem i obleśnymi spojrzeniami seksualnie niezaspokojonych mężczyzn. Już w domu zapytałam o to L., który powiedział, że nie. To wychowanie i edukacja seksualna są rozstrzygające i nie wierzy w tę dziewiętnastowieczną teorię. Przypomniała mi się moja przyjaciółka, która powiedziała kiedyś, że w Szwecji dzieci nie wiedzą już nawet, co to jest za profesja, że nie ma w języku słowa ‘prostytutka’. Tylko, jak wymażemy jakieś słowo, to co za nim stoi, nie znika, przechodzi jedynie do podziemia jak aborcja w Polsce.

Weszłam do mieszkania, przytuliłam stęsknionego psa i przypomniałam sobie, że plakat z obrazem Kiejstuta Bereźnickiego przedstawiający dzieci o twarzach dorosłych, bawiące się na plaży, został niestety w pociągu, w przedziale z kaszlącym młodym mężczyzną i parą dezynfekującą ręce. Prawdopodobnie już na zawsze. Wygląda na to, że mama, która ten plakat zakupiła, bo przypominał jej mnie, wymazała z niego morze. A morze jest. Wyparowało tylko z jej pamięci. Plakat wyglądał prawdopodobnie tak:

Chłopiec z niebieskim IV

Day 29, Report from the Besieged City

Wersja polska poniżej/Polish version below

‘Stumbling Stones’ Moabit, Berlin 2020

Today is the 77th anniversary of the outbreak of the Warsaw Ghetto Uprising.

I miss Warsaw. I watch its fragments reflected in a foreign city. I linger on to clouds and leaves, shabby walls and the merciful river. I read war poems by Herbert and Baczyński. On the streets, pieces of memory connected to the deported Jews, brass paving stones in front of almost every house. I light a candle for those who have never returned home. Here, in front of my house; there in my home city. The city carries them inside.

(…)in the evening I like to wander near the outposts of the city
along the frontier of our uncertain freedom.
I look at the swarms of soldiers below their lights
I listen to the noise of drums barbarian shriek
s
truly it is inconceivable the City is still defending itself

Schöneberg, Berlin 2020

(…)I avoid any commentary I keep a tight hold on my emotions I write about the facts
only they it seems are appreciated in foreign markets
yet with a certain pride I would like to inform the world
that thanks to the war we have raised a new species of children
our children don’t like fairy tales they play at killing
awake and asleep they dream of soup of bread and bones
just like dogs and
cats

Somewhere in Grunewald, Berlin 2020

(…)cemeteries grow larger the number of defenders is smaller
yet the defence continues it will continue to the end
and if the City falls but a single man escapes
he will carry the City within himself on the roads of exile
he will be the City

Zbigniew Herbert, 1982/

English translation © 1983, John and Bogdana Carpenter

Dzień 29, Raport z Oblężonego Miasta

Dziś 77 rocznica wybuchu powstania w Warszawskim Getcie.

Tęsknię za Warszawą. Przyglądam się jej fragmentom odbitym w obcym mieście. Czepiam sie chmur i listków, odrapanych murków i dobrej rzeki. Czytam wojenne wiersze Herberta i Baczyńskiego. Na ulicach pamiątki po deportowanych Żydach, mosiężne kostki brukowe przed prawie każdą kamienicą. Zapalam świeczkę tym, którzy nigdy już nie wrócili do domu. Tutaj, przed moim domem; tam w moim rodzinnym mieście. Miasto nosi ich w sobie.

‘To give’ box/ Pudełko z rzeczami do oddania, Berlin 2020

(…)wiem monotonne to wszystko nikogo nie zdoła poruszyć
unikam komentarzy emocje trzymam w karbach piszę o faktach
podobno tylko one cenione są na obcych rynkach
ale z niejaką dumą pragnę donieść światu
że wyhodowaliśmy dzięki wojnie nową odmianę dzieci
nasze dzieci nie lubią bajek bawią się w zabijanie
na jawie i we śnie marzą o zupie chlebie i kości
zupełnie jak psy i koty

wieczorem lubię wędrować po rubieżach Miasta
wzdłuż granic naszej niepewnej wolności
patrzę z góry na mrowie wojsk ich światła
słucham hałasu bębnów barbarzyńskich wrzasków
doprawdy niepojęte że Miasto jeszcze się broni

cmentarze rosną maleje liczba obrońców
ale obrona trwa i będzie trwała do końca
i jeśli Miasto padnie a ocaleje jeden
on będzie niósł Miasto w sobie po drogach wygnania
on będzie Miasto(…)

Fragment wiersza Zbigniewa Herberta, 1982

Day 22, opening boxes.

Wersja polska poniżej/ Polish version below

Like many others, we try to think about something else than this*. It’s an auto-censorship.

Waking up to an American radio station in Berlin. Farmers using milk as crops fertilizers. Or was it only a dream. Snooze. I have many dreams. Today, I woke up with a feeling that I need to pack, we are leaving, and it’s urgent. But then that creepy voice of Jack Nicolson in my head told me ‘Guess what? You are not going anywhere’. The radio alarm screams again. This time L. is pouncing on it and spills water from a tall glass on the bedside table. I pray half asleep ‘Hopefully, the alarm clock got hit, and it’s going to be silent forever’. I suddenly remember a fun fact: This student from somewhere who made an alarm clock you wrestle to prove you’re awake. I wake up again – I need to pack. Upstairs our neighbor is walking nervously the length and breadth of her apartment, very heavy. Nothing unusual besides that she is at home, people’s bodies are present in space. A revelation. I am folding my clothes and in the midst of the action I realize there is nowhere to go.

In our household, we are going through different shades of paranoia. All three of us dream already in another realm, our subconscious seems to be collective and adopted the pandemic veracity as the only one possible. Has our imagination already shrunken so substantially? We don’t talk about what we dream of or probably we don’t talk enough. War, hunger games, loneliness. Like many others, we try to think about something else than this*. It’s an auto-censorship. Looking up to the super moon, finding the oldest tree in the park, eating ice-cream, getting tipsy. Nothing more exists in this world. The information we share is not deep enough to digest what we experience. Is the price of milk so low that it became unprofitable to sell it? Is it connected to the current economic crisis or just an old story? Farmers all around the world do this sometimes – spilling milk, throwing apples on crossroads and seeds in front of Ministries. Snooze. Was it about milk, or was it about pumpkin. Why is the alarm clock on anyways. There are no more missions to wake up to. 

Easter Monday, we bake bread. I remember that when I was a child in the late 90′, I was anticipating this day with excitement. Waiting for that tingling sensation in the morning – that today I will be running through the streets of our Warsaw neighbourhood with other kids from the block and we would splash each other with water. This tradition is called ‘Śmigus-Dyngus’, and it could be translated to a ‘water-prank day’. The genesis of this custom celebrated on Easter Monday is associated with the pagan practices of the Slavs, who rejoiced the awaking of spring after winter. ‘Śmigus’ and ‘Dyngus’ were for a long-time separate custom. ‘Śmigus’ mainly consisted of the symbolic wiping the legs with willow withe and splashing with cold water, an act of cleansing of dirt and diseases, and later, when the catholic church took over, also of sin. I remember, it was essential that day to be warm so we wouldn’t freeze and our parents (if they cared) wouldn’t find an excuse to forbid us to run with wet hair and clothes around the block. Most of the times, however, it was one of the coldest days of the year, as if nature decided to punish all the kids from Poland for being too demanding. The whole point of the game was about being recognized, that you were worth a splash. I liked that day till I was about 11 years old. Later, as a teenager I felt, but not yet understood, that it was violent and had a lot to do with tamed sexual energy of boys and girls breaking through, but somewhat in unequal ways. The boys were running after the girls, the girls were hiding and screaming and it was less and less a child play but more a demonstration of power. In one of the most beautiful but also the saddest films of all times, Vagabond by Agnes Varda from 1985, there is a scene echoing this Slavic tradition. The main character – Mona, a drifter living outside social structures – gets tangled into a wine harvest celebration – where a group of man, dressed up as tree spirits ‘playfully’ accost her, and the hard-bitten Mona reacts with utter terror. Defeated by the violence she doesn’t understand, Mona has no more strength to win with the rules of tradition. Today in 2020, we are creating new social norms and traditions. We can’t hug our friends. Some of them hug unexpectedly, suddenlyon the streets or in doorways. How many people will stay touchless forever? One friend said that paranoia remains, the crisis might change into something new, but people will not. We bake, we spin, we argue, howling to the moon. That helps. 

Sandrine Bonnaire in Varda’s Vagabond

*Coronavirus (COVID-19)

Dzień 22, Lany Poniedziałek.

Z budzika dochodzi dźwięk alarmu nadającego audycję amerykańskiej stacji radiowej w Berlinie: “Rolnicy używają teraz mleka jako nawozu”. Może to tylko sen. Jeszcze drzemka. Mam ostatnio bardzo dużo snów. Dzisiaj, na przykład, obudziłam się z poczuciem, że muszę się spakować, wyjeżdżamy, natychmiast. Ale wtedy ten wredny głosik Jacka Nicolsona z Lśnienia odezwał się w mojej głowie: „Mam dla ciebie niespodziankę, nigdzie się nie wybierasz”. Budzik znów wyje. Tym razem L. rzuca się na niego i wylewa wodę z wysokiej szklanki na stoliku nocnym, modlę się na wpół śpiąca, żeby budzik dzięki temu zamilkł już na zawsze. Nagle przypominam sobie zabawny fakt, jakiś student skądś, wymyślił alarm, który trzeba pokonać z użyciem siły, żeby udowodnić, że już się nie śpi. Budzę się znowu z myślą, że trzeba się pakować. Na górze sąsiadka chodzi nerwowo po swoim mieszkaniu w tę i z powrotem, ciężkie kroki. Nic nowego poza tym, że jest w domu. Dzisiejsze objawienie: ciała ludzkie są obecne w przestrzeni. Układam ubrania w walizce i zdaję sobie sprawę, że nie-ma-dokąd…

W naszym domu przechodzimy przez różne stadia paranoi. Wszyscy troje śnimy w nowej rzeczywistości. Nasza podświadomość wydaje się być kolektywna i przyjęła realia pandemii jako jedyne możliwe. Czy to znaczy, że nie potrafi przekroczyć już tej granicy? Nie rozmawiamy o naszych snach lub prawdopodobnie nie rozmawiamy o nich wystarczająco dużo. Wojna, głód, samotność. Podobnie jak inni, staramy się myśleć o czymś innym niż to*. Autocenzura. Podziwiamy super księżyc, szukamy najstarszego drzewa w parku, jemy lody, pijemy wino. Nic więcej nie istnieje na tym świecie. Informacje, którymi się dzielimy, nie są wystarczająco głębokie, aby przetrawić to, czego doświadczamy. Czy rynkowa cena mleka jest tak niska, że ​​jego sprzedaż stała się nieopłacalna? Czy ma to związek z kryzysem gospodarczym? Rolnicy na całym świecie robią tak czasami – rozlewają mleko, wysypują zboże na tory, rozrzucają jabłka na skrzyżowaniach, a nasiona pod Ministerstwami. Drzemka. Czy chodziło o mleko, czy może o dynię. Co z tą dynią? Dlaczego budzik wciąż nastawiony jest na jakąś konkretną godzinę. Nie ma już przecież żadnych terminów do ogarnięcia.

Lany Poniedziałek, pieczemy chleb. Pamiętam, że pod koniec lat dziewięćdziesiątych kiedy byłam dzieckiem, czekałam na ten dzień podekscytowana. To uczucie rano, że dzisiaj będę biegła ulicami warszawskiego Ursynowa z dzieciakami z sąsiedztwa, z wiadrami pełnymi wody. Geneza Śmigusa Dyngusa obchodzonego w Wielkanocny Poniedziałek związana jest z pogańskimi praktykami Słowian, którzy świętowali przebudzenie wiosny po długiej zimie. „Śmigus” i „Dyngus” były długo odrębnymi zwyczajami. „Śmigus” polegał przede wszystkim na symbolicznym biciu nóg witkami i polewaniu zimną wodą, co symbolizowało oczyszczanie ciała z brudu i chorób, a później gdy kościół katolicki przejął to święto, także z grzechu. Dla nas dzieci było ważne, żeby Dyngus wypadł w ciepły dzień, abyśmy nie zmarzli, a nasi rodzice (ci, których to obchodziło) nie znaleźli powodu, aby zabronić nam biegania z mokrymi włosami i w mokrych ubraniach po całej dzielnicy. Najczęściej był to jednak jeden z najzimniejszych dni w roku, tak jakby przyroda postanowiła ukarać wszystkie dzieciaki z Polski za to, że stawiają jej tak wysokie wymagania. W całej zabawie chodziło o to, żeby zostać zauważoną/-nym, udowodnić sobie, że jesteś warta/-y dużego pluska. Lubiłam ten dzień, tak mniej więcej do V klasy szkoły podstawowej. Później jako nastolatka, zorientowałam się, ale jeszcze nie wiedziałam dlaczego, że był to dzień pełen przemocy. Z jednej strony wiązał się z oswajaniem rodzącej się, zarówno u chłopców jak i u dziewcząt energii seksualnej, z drugiej strony podkreślał nierówności. Chłopcy biegali za dziewczynami, dziewczyny ukrywały się i krzyczały, nierzadko poturbowane. Dziecinna zabawa, zmieniała się powoli w demonstrację siły. W jednym z najpiękniejszych, a zarazem najsmutniejszych filmów wszechczasów, Bez dachu i praw Agnes Vardy z 1985 roku, jest scena odzwierciedlająca w innej kulturze tę polską tradycję. Główna bohaterka – Mona, włóczęga żyjąca poza strukturami społecznymi – zostaje wciągnięta wbrew sobie w uroczystość zbiorów wina. Grupa mężczyzn przebranych za leśne duchy szarpie ją polewając winem, na co wyczerpana Mona reaguje prawdziwym przerażeniem. Przemoc, której nie rozumie i nie ma już siły z nią wygrać, jest niczym innym jak właśnie duchem tradycji. Dzisiaj w 2020 r. też tworzymy nowe normy społeczne i tradycje. Nie możemy przytulać naszych przyjaciół. Niektórzy z nich przytulają się nagle, niespodziewanie, stojąc na ulicy albo w drzwiach naszego mieszkania. Brakuje im dotyku. Ile osób pozostanie już na zawsze poza sferą dotyku? Moja koleżanka powiedziała ostatnio, że paranoja pandemii pozostanie, kryzys może przemienić się w coś nowego, ale ludzie nie zmienią swoich przyzwyczajeń tak łatwo. Pieczmy więc chleby, kręćmy się w kółko w dziecinnych zabawach, kłóćmy się o drobiazgi i wyjmy do księżyca. To pomaga.

*Coronavirus (COVID-19)

Day 19, the day of the rabbit

Wersja polska poniżej

It is much more pleasant to tame death while lying on a blanket between the crypts than running with a plastic candle for kilometers of concrete alleys in “overcrowded” necropolises.

According to the beliefs of the First Americans, the rabbit people were burdened with the curse of fear. It happened a long time ago when Rabbit betrayed the trust of his friend, a witch named Eye Walker. He was afraid of the spells she used to nourish him and heal his wounds after a heavy fall. She cursed him and since then, the rabbit has become the “Fear Caller”. He calls to the eagle, ‘Eagle, I’m so afraid of you!’. When the eagle can’t hear him, rabbit shouts even louder ‘Stay away from me eagle!’ For centuries the rabbit has been calling for foxes, lynxes, wolves and even snakes. This story teaches us that, what we are most afraid of will most likely happen. If we keep thinking about it – we will be like a rabbit that summons catastrophe.

https://medicinecards.com/

When the first restrictions due to the Corona outbreak were introduced in Berlin, a cemetery where my friend went for walks with her two-year-old daughter, was closed. For some, it may sound like a paradox, but Berlin cemeteries are beautiful, green parks, full of trees, sometimes tempting with small cafes serving cakes and coffee. It is much more pleasant to tame death while lying on a blanket between the crypts than running with a plastic candle for kilometers of concrete alleys in “overcrowded” necropolises. Cemetery parks are also inhabited by the famous Berlin rabbit, almost a mascot of the city. Known from the famous film by Bartosz Konopka, “Rabbit a la Berlin” in which the situation of these animals living in the Death Zone between East and West Berlin is a metaphor for life on both sides of the wall, an analogy of the changing attitudes between Soviet and Western Europe.

©Andrzej J. Jaroszewicz, Berlin 1980

The life of cemetery rabbits is, in fact, delightful – they reproduce, eat grass and hop between the graves freely. The souls of the dead, if present nearby, can contemplate in peace the strollers, listen to the nightingale and watch these little creatures munching something constantly, dining and dying in a place best accommodated for this. Who knows why, but there is an exceptional peace at these cemeteries. No uncanny winds, and it is not freezing to the bone. It seems trees regulate the temperature to some extent. They keep warm in winter and are more cooling in summer.

© Liene Silde, Berlin 2020

The closure of this particular cemetery involved ripping 64,621 m² of space from the city landscape—the area mainly used to contemplate fauna and flora in the springtime that was now coming to life. After a week the ban was withdrawn, only the opening hours were changed. Perhaps the authorities understood that the cemetery is not only a park but also a place where the living visit the dead. People welcomed this decision with relief, and my friend spread the blanket between the crypts again. There is less and less space for burying the dead, formaldehyde from decaying bodies pollutes the soil, and 4 million acres of forest are cut every year worldwide for coffins. Therefore, the idea of green burials is becoming more and more popular. Many people would like to become a tree, being something useful and beautiful after death.

© Liene Silde, Berlin 2020

During my first months in Berlin, I was worried about the foxes I saw running along five-lane streets. Foxes between tenements and cars, foxes lost at dead ends, foxes at night walking along the barges moored at the banks of the Spree. I shared my fear with L., who reassured me that the Berlin foxes are entirely adapted to the big-city-life. They have been covering kilometers of Tiergarten between the Brandenburg Gate and Victory Column for generations now, and no longer know what a real forest, meadow or mountain stream is. They are city foxes who drink water from fountains, dine like other city residents in Turkish bars, and know how to maneuver between cars.

A Sly old fox – pissing on the bitten pizza crusts so that no one else would filch it, burring the rest of food in the bushes at the cemetery, then forgetting it and falling asleep under a lantern near the Zoo station. People approach him to take selfies and feed him with their sandwiches. Night feeding on closed dumpsters of kebab kiosks and the relative separation of our two species will do him better than a step further in integration. Fortunately, the bars and restaurant still serve takeaways, so the Berlin fox will not become extinct (so soon).

When I am afraid for the future of humanity, I imagine this cemetery park that my friend likes so much. Even more overgrown, wilder…inside a rabbit is calling out a fox and this Berlin fox, who can no longer hunt, does not kill the rabbit. That’s how generations go by, and the rabbit finally makes friends with the fox, who switches to a diet consisting mainly of insects. The curse is broken. It was a story about fear.

© Andrzej J. Jaroszewicz, Berlin 1980

Dzień 19, czyli dzień królika

Dużo przyjemniej jest oswajać śmierć, leżąc na kocu między kryptami niż biegnąc z plastikowym zniczem przez kilometry betonowych alejek ‘przeludnionych’ nekropolii.

Według wierzeń Pierwszych Amerykanów lud króliczy obciążony zostatał klątwą strachu. Stało się to dawno temu, kiedy Królik zdradził zaufanie swojej przyjaciółki, wiedźmy o imieniu Wędrowne Oko i przestraszył się czarów, jakie użyła by go nakarmić, napoić i wygoić jego rany po upadku. Wiedźma rzuciła na niewdzięcznego przyjaciela klątwę. Od tego czasu Królik stał się tym, który przywołuje strach. Na łące woła do orła: ‘Tak bardzo się ciebie boję Orle!’, a gdy orzeł nie słyszy, to królik przywołuje go jeszcze głośniej: ‘Trzymaj się ode mnie z daleka!’. Wtedy orzeł spostrzega królika, obniża lot, łapie go w swoje szpony i zjada. Królik od tego czasu przyzywa do siebie lisy, rysie, wilki a nawet węże. Ta przypowieść uczy nas, że to, czego najbardziej się boimy, najprawdopodobniej się wydarzy. Jeśli ciągle będziemy o tym myśleć – będziemy jak królik przywołujący katastrofę. 

Kiedy zaczął się czas obostrzeń związanych z rozprzestrzenianiem się wirusa w Berlinie, zamknięto między innymi cmentarz, na który moja przyjaciółka chodziła spacerować ze swoją dwuletnią córeczką. Brzmi to być może jak śmieszny paradoks, ale cmentarze berlińskie są pięknymi, zielonymi parkami, pełnymi drzew, niekiedy nęcącymi małymi kawiarniami, które serwują ciasta i kawę. Dużo przyjemniej jest oswajać śmierć, leżąc na kocu między kryptami niż biegnąc z plastikowym zniczem przez kilometry betonowych alejek ‘przeludnionych’ nekropolii. Cmentarne parki zamieszkuje też słynny berliński królik, zwierz-symbol, maskotka miasta. Znany z głośnego filmu Bartosza Konopki „Królik po Berlińsku”, w którym sytuacja tych zwierząt zamieszkujących pas między wschodnim a zachodnim Berlinem jest metaforą życia miasta po obu stronach muru, analogią zmieniających się nastrojów między sowiecką a zachodnią Europą.

Życie królików cmentarnych jest w gruncie rzeczy wyborne – rozmnażają się, żrą trawę i kicają do woli między grobami. Dusze zmarłych, jeśli obecne akurat w pobliżu, mogą w spokoju kontemplować spacerowiczów, słuchać śpiewu słowika i oglądać wciąż ciamkające coś, małe stworzonka, które żyją i umierają w miejscu najlepiej do tego przystosowanym. Panuje na tych cmentarzach wyjątkowy spokój, nie wieje grozą i nie jest do szpiku kości lodowato. Drzewa potrafią bowiem, do pewnego stopnia, regulować temperaturę. Zimą trzymają ciepło, a latem przyjemnie chłodzą.

Zamknięcie tego akurat cmentarza wiązało się z wyłączeniem z życia miasta 64 621 m² przestrzeni, służącej głównie kontemplowaniu fauny i flory w budzącej się właśnie do życia wiośnie. Po tygodniu wycofano zakaz, zmieniono tylko godziny otwarcia. Być może zrozumiano, że cmentarz to nie tylko park, ale miejsce, gdzie żywi odwiedzają zmarłych. Ludzie przyjęli tę zmianę decyzji z ulgą, a moja przyjaciółka znów rozłożyła koc między kryptami. Na świecie jest jednak coraz mniej miejsca na chowanie zmarłych, formaldehyd z rozkładających się ciał zanieczyszcza glebę, a na budowę trumien wycina się co roku 4 miliony akrów lasów. W związku z tym, coraz popularniejsza staje się idea zielonych pogrzebów. Wielu ludzi chciałoby po śmierci stać się drzewami, czymś pożytecznym i pięknym.

Przez pierwsze miesiące mojego życia w Berlinie bałam się bardzo o lisy przebiegające pięciopasmowe ulice. Lisy między kamienicami i samochodami, lisy błąkające się po ślepych zaułkach, lisy spacerujące nocami po barkach zacumowanych przy brzegu Szprewy. Moim lękiem podzieliłam się z L., który uspokoił mnie, że lisy berlińskie są już całkowicie przystosowane do życia w wielkim mieście. Od pokoleń przemierzają kilometry między Bramą Brandenburską a Cokołem Zwycięstwa i nie wiedzą już zupełnie, co to prawdziwy las, łąka ani górski potok. To lis miejski, który pije wodę z fontann, stołuje się jak wszyscy mieszkańcy miasta w tureckich barach i doskonale umie manewrować między samochodami. Lisek chytrusek – nasika na obgryzione blaty pizzy, żeby nikt inny mu nie podebrał, zakopie nadmiar jedzenia w krzakach na cmentarzu, a potem zapomni i zaśnie gdzieś pod latarnią w okolicach Dworca Zoo. Ludzie zaczepiają go, żeby zrobić sobie z nim selfie i oddają mu swoje wczorajsze kanapki. Nocne żerowanie po śmietnikach zamkniętych kebabowni i względny rozdział naszych dwóch gatunków lepiej mu zrobi niż krok dalej w integracji. Na szczęście bary i restauracje wciąż serwują dania na wynos więc lisek berliński, póki co, nie zginie.

Kiedy boję się o przyszłość ludzkości, wyobrażam sobie ten park cmentarny, w którym tak chętnie spaceruje teraz moja przyjaciółka, jeszcze bardziej zarośnięty, dzikszy, a w nim królik przywołujący lisa i ten lis berliński, który nie umie już zupełnie polować, nie zabija królika. Tak mijają pokolenia i królik w końcu zaprzyjaźnia się z lisem, który przestawia się na dietę złożoną głównie z insektów. Klątwa zostaje przełamana. To była przypowieść o strachu. 

© Andrzej J. Jaroszewicz, Berlin 1980

Day 17

wersja polska poniżej

I look away when the crows knock the young starling down between the cars, I can wish him no more than a quick death. This is not my war.

The dynamics of the city emulates the phrase vanitas vanitatum, omnia vanitas – all is vanity. Invisible cleaners no longer come to the river at dawn to empty overfilled bins. Crows come. Crows seeking company. Only recently did I learn to distinguish a crow from a magpie or a rook, let alone the ravens. ‘The Raven’ sounds high-class. You won’t meet a raven just like that in a city, you can imagine it looking down at the world from the high tower with an old man’s eye. All the same, crows are, according to many sources, very social animals open to inter-species correlation. They often join rook packs, exploring urban landfills, and during winter arable fields. On human settlements, a crow would stay all day in one neighbourhood, which makes it a bit of a chav, hanging out maybe less on playgrounds or benches and more on chimneys and balustrades. Even before the pandemic, when we returned home from parties at dawn, crows were flying low over our heads croaking – ‘This is our street, this is our time, fuck off human trash!’ One day a neighbour, walking with an old German shepherd, revealed to me that all they want is to take a lock of our hair to strengthen their nests, they always do so to his sluggish dog. In a fast move, they peck out some fur from his fluffy tail.

You have to be more careful early in the morning when the street is bursting with bird gang-fight. Crows against starlings. The latter have no chance. The bird’s squeak is intensified by the silence of the still dormant district. I look away when the crows knock the young starling down between the cars, I can wish him no more than a quick death. This is not my war. Nature can be cruel, but there is still room for spontaneous encounters. Today, by the river, a curious crow came on spindly legs to Oksza and took a stick she was earlier munching. The dog watched this glaring provocation with calmness as if from outside her own body. The crow spat the bat and flew over my head so low that I could feel the softness of its wing behind my ear. Holding in its beak a greasy paper tray, remnant of French fries – it looked at me. ‘A lock of my hair would be more useful to you’ I thought when the bird with a short run took off from a trunk (like from a small airport), spread its wings and flew into the air dangerously blocking the field of its view with the greasy tray.

Coming home, I look in the mirror and see a small noose hanging around my neck. It’s Oksza’s leash transformed according to the current state of mind of the city, and its citizens. Berlin becomes an augmenting glass of the fear of death; the sun is burning through it. I wonder whether to be on the dole or borrow from friends, first world problems. What a luxury, what a wealth – to have such a choice. For the first time in my life, I understand what the “half-empty, half-full glass theory” means. Until now, it appeared to me a stopgap and the rapid death of every discussion. But I drink what is inside, and the glass is filling up instantly. Everyone is doing well, my mother buys 150 protection-masks to be able to take her dog to the vet, in Zehlendorf there is still toilet paper and in the Turkish supermarket even hand sanitizer. The loved ones die only in nightmares, from which I wake up at dawn with a stomach ache, telling myself that such a dream can only mean one thing – long life in prosperity. The glass is filling up again. Broken dishwasher, burnt bread, insufficient funds on my bank account, arguing neighbours, a dog who can’t fetch and sows her winter fur in the corners of our apartment. Lost backpacks, hard drives, home keys, stolen bikes are all somewhere there, in these crow nests. That’s why damn birds look into our eyes with such superiority. ‘Hey, you! How many more things do you have to lose to realize that you still have too many?’

Dzień 17

Odwracam wzrok, gdy wrony strącają młodego szpaka z gałęzi między samochody, mogę życzyć mu najwyżej szybkiej śmierci. To nie moja wojna.

Dynamika miasta przypomina „vanitas vanitatum, omnia vanitas”- marność nad marnościami. Niewidzialni sprzątacze nie przychodzą już o świcie nad rzekę, żeby opróżnić przepełnione kosze. Przychodzą za to wrony. Wrony szukające towarzystwa. Dopiero niedawno nauczyłam się odróżniać wronę od sroki czy gawrona nie mówiąc już o kruku. Kruk to brzmi dumnie. Kruka nie spotkasz od tak w mieście, możesz go sobie wyobrazić, jak patrzy na świat z wysokiej wieży 40-letnim okiem mędrca. Wrona natomiast to według wielu źródeł zwierzę towarzyskie i otwarte na kontakty między gatunkowe, przyłącza się często do stad gawronów, eksplorując z nimi miejskie wysypiska, a zimą pola uprawne. Na ludzkich osiedlach przebywa cały dzień w swoim rewirze, co czyni ją takim trochę dresiarzem, wysiadującym może mniej place zabaw i ławki, a bardziej kominy i balustrady. Jeszcze przed pandemią, kiedy zdarzało nam się nie rzadko wracać z imprez do domu o świcie, wrony latały nisko nad naszymi głowami, kracząc ‘To nasza ulica, to nasza godzina, won do domu ludzkie śmieci!’. Pewnego dnia sąsiad, spacerujący ze starym wilczurem, wyjawił, że one chcą zabrać pukiel naszych włosów do budowy swojego gniazda. Że robią tak jego staremu psu, w locie szybkim ruchem wydziobują kłaki z jego puchatego wciąż ogona.

Trzeba uważać, gdy wychodzi się za wcześnie, kiedy ulica żyje jeszcze ptasią walką gangów wron i szpaków. Ci drudzy nie mają szans. Ptasi skowyt potęguje cisza uśpionej jeszcze dzielnicy. Odwracam wzrok, gdy wrony strącają młodego szpaka z gałęzi między samochody, mogę życzyć mu najwyżej szybkiej śmierci. To nie moja wojna. Natura bywa okrutna, ale jest w niej wciąż miejsce na spontaniczne spotkania. Dzisiaj nad rzeką ciekawska wrona podeszła do Okszy na swoich szczudlastych nogach i zabrała jej patyk. Pies obserwował tę oczywistą prowokację ze spokojem jakby spoza siebie. Zlekceważona wrona wypluła patyk i przeleciała nisko, nad moją głową, tak że czułam miękkość jej skrzydła tuż za uchem. Potem patrzyła na mnie trzymając w dziobie tekturową tackę po frytkach. ‘Pukiel moich włosów bardziej by ci się przydał’ pomyślałam, gdy ptak z krótkim rozbiegiem startował z pnia jak z niewielkiego lotniska, rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze niebezpiecznie zasłaniając sobie pole widzenia tłustą tekturą.

Wracając do domu spoglądam w lustro i widzę małą pętlę wiszącą na mojej szyi jak stryczek. To smycz Okszy odmieniona zgodnie z obecnym stanem umysłu miasta i jego mieszkańców. Berlin płonie, pod szkłem powiększającym strach przed śmiercią; słońce zaczyna działać jak zapłon. Zastanawiam się, czy iść na zasiłek dla bezrobotnych, czy też zapożyczyć się u przyjaciół, problemy pierwszego świata. Co to za luksus, co za bogactwo – mieć taki wybór. Po raz pierwszy w życiu rozumiem, co oznacza teoria szklanki do połowy pustej lub pełnej. Do tej pory wydawało mi się, że to taka zapchaj dziura i szybka śmierć każdej dyskusji. Teraz wypijam jednym haustem to, co jest w środku, a szklanka znów się napełnia. Wszyscy zdrowi, mama kupuje 15 masek ochronnych, żeby móc jeździć z psem do weterynarza, w Zehlendorfie jest znów papier toaletowy, a w tureckim supermarkecie nawet płyn do dezynfekcji rąk. Bliscy umierają tylko w snach, z których budzę się nad ranem z bólem brzucha, przypominając sobie, że taki sen może oznaczać tylko jedno – długie życie w dobrobycie. Chlust – szklanka znów się napełnia. Zepsuta zmywarka, przypalony chleb, ujemne saldo konta w banku, głośni sąsiedzi, pies, który nie potrafi aportować i sieje po kątach zimową sierść. Zgubione plecaki, twarde dyski, klucze do domu, ukradzione rowery, to wszystko jest gdzieś w tych gniazdach wronich, to dlatego one patrzą nam w oczy z taką wyższością: ‘Hej człowieku, ile jeszcze rzeczy musisz stracić, by zorientować się, że wciąż masz za dużo?’

Day 16

wersja polska poniżej

They disappeared hastily into the subway’s mouth, realizing that nothing awaits them here.

I am not sure which day of the month happens today. Certainly, Sunday although every day has been a Sunday for some time. 4th or 5th April. Oksza has continuously been whining, perhaps because we are spending long hours in the kitchen now. She has no place there, and she is afraid of various loud sounds – a kitchen blender, the clatter of wooden spoons on bowls and jars, egg whisks, a radio broadcasting news in a foreign language, and above all those rustling foils, trash bags hanging from wooden door handles. I try to calm her down, revealing that the rustling monsters are not so scary, they do not pose a direct threat to her. I teach her that the kitchen is actually quite an okay place to hang out, but she does not believe me at all. I can’t blame her. Nor can I say with a clear conscience that they are entirely harmless. Plastic clutters streets, rivers and oceans and seems to flow straight from our Berlin apartment to the rivers of Ganges, Congo and even the Vistula bypassing all recycling stations. Flowing from the rich to the poor, even if the first ones are in debts, the second, simply have nothing. The rustling of the plastic bag is like a grenade explosion to her ears.

We bake, cook, whisk instead of lying with the dog on the sofa and guarding her tail against the windows crackling from drafts. In the meantime, we appreciate how privileged we are that we have a balcony. Oksza asks silently, with the eyebrow movement – why, like other people, we cannot walk endlessly by the river, treating the dog as a shield against the law enforcement services? It is an authentic spring day today, an old lady with a poodle encircles us, lest we socialize with her. Does anyone bring her shopping? She is too far to ask. On Saturday night, we walked five kilometers through the city and Berlin became a small, provincial town. Three cars and two pairs of confused passersby near Nollendorf Platz, as if waiting for the reopening of dormant kebab kiosks. They disappeared hastily into the subway’s mouth, realizing that nothing awaits them here.

Next day I am angry that the can of coconut milk that I put in the fridge at night landed back in the cupboard. I couldn’t whip the cream for the banana cake that I had reinvented early that afternoon adding a layer of salty tahini to the bottom of the nutty dough. I watch with rising compassion as the celery and young green onion ripen in a mug on the windowsill, worrying if I will have enough strength to plant them in pots and let them grow. 600 kilometers away, my 80-year-old dad steeps dozens of jars of English orange marmalade in boiling water, and my mum writes down memories of her youth. We will not see each other for the next month, two or three or seven. During our talks, we realize that we start to think in terms of nations, countries and borders again. The old order is restored, and with a sense of relief and guilt, we have to admit that we probably are in one of the best places to survive this strange time.

Dzień 16

Zniknęli pośpiesznie w paszczy metra, zorientowawszy się, że tu nic na nich nie czeka.

Nie wiem, który dziś dzień miesiąca. Na pewno niedziela, choć każdy dzień to od jakiegoś czasu trochę niedziela. 4ty albo 5ty kwietnia. Oksza od tygodnia cały czas piszczy, być może dlatego że spędzamy teraz długie godziny w kuchni a ona nie ma tam swojego miejsca, boi się różnych głośnych dźwięków – blendera kuchennego, stukotu drewnianych łyżek o miski i słoiki, trzepaczki do jajek, radia nadającego wiadomości w obcym dla niej języku a przede wszystkim tych szeleszczących foliówek, toreb na śmieci zwisających z klamki drewnianych drzwi. Próbuję ją uspokoić pokazując, że szeleszczące potwory nie są wcale takie straszne, nie stanowią dla niej bezpośredniego zagrożenia, nauczyć, że kuchnia w gruncie rzeczy jest całkiem w porządku, ale ona prawdopodobnie słusznie, wcale mi nie wierzy. Nie mogę przecież z czystym sumieniem powiedzieć, że są zupełnie nieszkodliwe, skoro plastik zaśmieca ulice, rzeki i oceany, wydaje się spływać prosto z naszego berlińskiego mieszkania do Gangesu, Kongo a nawet Wisły omijając wszystkie stacje recyklingu płynąc od bogatych ku biednym, nawet jeśli ci pierwsi mają długi w bankach, to ci drudzy po prostu nie mają nic. Szelest foliówki jest dla jej uszu jak wybuch granatu.

Pieczemy, pichcimy, ubijamy pianę zamiast leżeć z psem na kanapie i pilnować jej ogona przed trzaskającymi od przeciągów oknami. W przeciągu doceniamy jak bardzo uprzywilejowani jesteśmy, że mamy balkon. Oksza pyta ruchem brwi – czemu, jak inni ludzie, nie możemy spacerować bez końca z nad rzeką zasłaniając się psem jak tarczą, przed służbami porządkowymi? Jest dziś prawdziwie wiosenny dzień, starsza pani z pudlem omija nas szerokim łukiem, żebyśmy się z nią nie socjalizowali. Czy ktoś przynosi jej pod drzwi zakupy? Jest za daleko, żeby zapytać. Wczoraj, w sobotnią noc szliśmy 5 kilometrów przez miasto i Berlin stał się małym miasteczkiem na prowincji: minęły nas trzy samochody i dwie pary zdezorientowanych przechodniów w okolicach Nollendorf Platz, jakby oczekujących na ponowne otwarcie uśpionych kebabowni. Zniknęli pośpiesznie w paszczy metra, zorientowawszy się, że tu nic na nich nie czeka.

Następnego dnia jestem zła, że puszka mleka kokosowego, które włożyłam na noc do lodówki wylądowała z powrotem w szafce i nie będę mogła ubić piany do bananowego tortu, który wczesnym popołudniem wymyśliłam na nowo dodając na spód orzechowej masy warstwę słonej tahiny. Patrzę ze wzbierającym współczuciem jak na parapecie dojrzewa w kubku seler naciowy i młoda, zielona cebula, martwiąc się czy starczy mi sił, żeby posadzić je w doniczkach z dziurką i pozwolić im urosnąć. 600 kilometrów stąd mój 80-cioletni tata parzy we wrzątku dziesiątki słoików na angielską konfiturę z pomarańczy a mama pisze wspomnienia z czasów młodości. Nie zobaczymy się przez następny miesiąc, dwa lub trzy lub siedem. Podczas naszych rozmów zdajemy sobie sprawę, że znów myślimy w kategoriach narodów, krajów i granic. Przywrócony zostaje dawny porządek, kiedy z poczuciem ulgi i winy stwierdzamy, że jesteśmy prawdopodobnie w jednym z najlepszych miejsc by przetrwać ten dziwny czas.